Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Aleksander Łukaszenka, w ramach odwetu za poparcie przez Litwę sankcji wobec Białorusi, wspieranie białoruskiej opozycji i udzielenie schronienia Swiatłanie Cichanouskiej, osłabia graniczne kontrole i sprzyja "wycieczkom" do Europy osób z krajów Afryki i Bliskiego Wschodu, które w Europie chcą znaleźć schronienie.

Działania Łukaszenki spowodowały, że obecnie na Litwie przebywa około 4,5 tys. osób. Żeby sprawdzić, w jakich żyją warunkach, na Litwę wyjechali aktywiści z czeskiej Balkan Solidarity Network i dwóch polskich organizacji Mroky i No Borders Katowice. Ta ostatnia organizacja została założona przez Agnieszkę, katowiczankę. Agnieszka nie pierwszy raz wizytuje obozy na uchodźców. Była już m.in. w obozach, które powstały w Bośni czy na greckiej Lesbos. 

Litwa odgradza się od Białorusi drutem kolczastym

– Pojechaliśmy w okolice granicy polsko-litewsko-białoruskiej, bo uznaliśmy, że tam będzie najwięcej osób w kryzysie, które poszukują w Europie ochrony międzynarodowej. Skontaktowali się z nami ludzie, którzy już w tych obozach są. Przede wszystkim chcieliśmy poszukać informacji na własną rękę o warunkach, w jakich ci ludzie żyją, ale również mieliśmy sporo rzeczy, które chcieliśmy przekazać jak jedzenie, artykuły higieniczne, rzeczy dla dzieciaków – opowiada Agnieszka.

Obecnie na Litwie przebywają głównie obywatele Iraku, ale też Afganistanu, są nawet osoby z Afryki Subsaharyjskiej. Wiele z nich zostało ściągniętych do Białorusi samolotami, inni przewiezieni autokarami. Ci mają za sobą nawet trzy tygodnie w podróży. Następnie ludzie zostali wypchnięci przez białoruskich pograniczników na Litwę.

- Litwa ogradza się drutem kolczastym na granicy od Białorusi, ale nie jest on jeszcze skończony w całości. Są jeszcze miejsca, gdzie udaje się przedostać na ich terytorium. Dlatego też rząd litewski negocjuje teraz z rządem irackim w sprawie tych przyjazdów. To właśnie z Iraku głównie przylatują ludzie z wizą turystyczną do Mińska. Linia lotnicza Iraqi Airways ma anulować loty do Mińska do końca sierpnia – mówi Agnieszka.

Litewski strażnik mówi "dziękuję"

Tymczasem Litwini starają się zająć tymi kilkoma tysiącami migrantów, którzy już są u nich. Pierwszy oficjalny obóz, który istnieje na Litwie, znajduje się we wsi Rudniki w gminie Soleczniki w okręgu wileńskim.

Obóz powstał na poligonie wojskowym Rudniku Giria. Są tam wyłącznie mężczyźni. Nie mogą wychodzić z obozu, nikt też tam wejść nie może. Trzeba mieć zgodę ministerstwa.  

- Od razu nas cofnięto spod bramy i kazano czekać. Udało nam się zobaczyć, że w obozie są namioty i kontenery mieszkalne. W końcu strażnicy graniczni pozwolili nam zostawić tam jedzenie, które mieliśmy z czeskiego banku żywności. Szacujemy, że przebywa tam teraz około 750 mężczyzn z różnych krajów, ale nie pozwolono nam z nimi porozmawiać. Pogranicznicy opowiadali nam, że warunki są doskonałe, bo na miejscu jest lekarz, są posiłki z cateringu, zajęcia sportowe, ogniska integracyjne. Jednak wiemy, że nie jest tak kolorowo - brak jest dostępu do lekarzy specjalistów, brakuje jedzenia, więc ludzie często głodują, a do ogrzania mają tylko koce. Strach pomyśleć, co będzie zimą – mówi Agnieszka.

Obecność obozu nie do końca podoba się też mieszkańcom Rudnik, którzy jeszcze w lipcu protestowali przeciwko utworzeniu takiego obozu. Ludzie prosili też o alarmy dla osób starszych czy niepełnosprawnych, wyposażenie ich w gaz czy kursy samoobrony.

- Ludzie są podzieleni. Niektórzy wprost mówią, że trzeba pomagać i nie mają nic przeciwko migrującym osobom, ale chcą wszystko wiedzieć pierwsi – mówi Agnieszka po rozmowach z lokalną społecznością.

Obozy na Litwie dla mężczyzn, kobiet, rodzin z dziećmi

Potem odwiedzili miejscowość Vydeniai. Tam od początku lipca także istnieje obóz, który utworzono w dawnej szkole. Jest tam około 160 osób, głównie z Afryki Subsaharyjskiej. Wszyscy razem – mężczyźni i kobiety. Agnieszka przywiozła dla kobiet środki higieniczne. Z tego obozu także nikt nie może wychodzić, ale w miasteczku życie toczy się bez zmian. – Dzieci bawią się na ulicach, ludzie chodzą do sklepów. Nikt sobie nie przeszkadza. – Tym razem strażnicy pozwolili nam wejść do środka. Ludzie mieli tam swoje łóżka i sanitariaty do dyspozycji. Nie wiemy do końca, jakie są warunki, bo z mieszkańcami wymieniliśmy kilka zdań, ale nie było widać niczego niepokojącego. Od strażnika nawet usłyszeliśmy: dziękuję. To było coś niespotykanego – dodaje Agnieszka.

Tak też pokierowali ich do trzeciego obozu, gdzie przebywają rodziny z dziećmi. Ten mieści się w miejscowości Miedniki, tuż przy granicy litewsko-białoruskiej. Przebywało tam około 260 osób, w tym dzieci. Obóz mieści się w koszarach wojskowych. Aktywiści zostawili tam pakunki pełne pampersów, mokrych chusteczek, ubranek i artykułów papierniczych.

- Jeśli mam być szczera, to mam całkiem pozytywne wrażenia. Litwini dobrze sobie póki co poradzili z osobami, mogliśmy liczyć na ich pomoc w zasadzie w każdej kwestii.  Inna sytuacja może mieć miejsce w innych rejonach Litwy, szczególnie przy granicy z Łotwą. Na pewno jednak będzie coraz bardziej brakować ubrań i środków higienicznych, jak również dla dzieci – dodaje Agnieszka.

Aktywiści z Polskiego Zespołu Humanitarnego oraz fundacja Światło dla Syrii organizują właśnie zbiórkę pieniędzy i rzeczy, które w większym transporcie humanitarnym mają wyjechać do obozów na Litwie. Każdy, kto chciałby pomóc, może to zrobić poprzez stronę pomagam.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.