Nauczył nas, że szef ma ciągnąć w górę młodych, a chory jest ważniejszy od największego lekarza. Przekonał nas, że możemy robić to, co wydawało się niemożliwe. Tak Zbigniewa Religę zapamiętali jego współpracownicy.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Legendą był już za życia. Porwał się na robienie przeszczepów serca w czasach, w których polskiej służbie zdrowia brakowało podstawowego wyposażenia. Jego pierwsi pacjenci umierali nie z powodu lekarskiego błędu, ale dlatego że brakowało jednorazowych drenów i igieł. Jednak dzięki energii Religi szpital w Zabrzu szybko został wyposażony w nowoczesny sprzęt, którego zazdrościli mu lekarze z reszty Polski.

Dużo ważniejszej zmiany Religa dokonał w świadomości lekarzy, swoich współpracowników. Nie znosił aroganckiego stosunku do pacjentów. Pokazał, że każdy z nich jest ważniejszy od największego lekarza. Jednocześnie jednak, choć sporo wymagał od swoich podwładnych, wpoił im zasadę, że dobry szef to ktoś taki, kto ciągnie za sobą młodych, a nie zazdrośnie strzeże przed nimi swojej zawodowej pozycji. Po piątym przeszczepie, gdy już mógł być beneficjentem stworzonego przez siebie systemu, cofnął się i oddał pole innym – opowiadali lekarze, którzy przy boku Religi wyrośli na dobrych lekarzy.

Bez niego Zabrze by się nie stało nowoczesnym ośrodkiem kardiochirurgii.

Dla niego śpiewał Placido Domingo

Brał się do spraw, które inni uważali za fantasmagorie. To dzięki niemu, gdy brakowało pieniędzy na rozwój kardiochirurgii w Polsce, w 1992 roku w Zabrzu zaśpiewał król tenorów Placido Domingo.

Religa potrafił się przyznać do błędów i słabości. – Byłem kiedyś pyszny, była to cecha młodego człowieka, któremu wydawało się, że jest superchirurgiem. Na szczęście był to krótki moment – opowiadał o tym, jaki był, zanim jeszcze przyjechał do Zabrza. Wyznał, że otrzeźwienie przyszło przy stole operacyjnym. – Zoperowałem jedenastu chorych i wszyscy mi umarli. Po ostatnim zgonie wypiłem duszkiem butelkę koniaku. Koledzy odwieźli mnie do domu. Parę dni dochodziłem do siebie. Opamiętałem się i pycha zniknęła – wspominał.

Zazdrość szybko mija

Nie przywiązywał wagi do takich rzeczy jak samochód, ubranie, buty. Śmiał się, że kiedyś na stacji benzynowej w Siewierzu, a jeździł wtedy polonezem, ktoś go rozpoznał i nie mógł się nadziwić: „Pan tym samochodem to jeździ chyba dla niepoznaki" – skomentował markę wozu sławnego już w tamtych czasach kardiochirurga.

Zdarzało się, że bywał próżny i zazdrosny o cudze sukcesy. – Na szczęście ta zazdrość szybko mija i pobudza mnie do działania – zapewniał.

Podwładni i nie tylko oni wiedzieli, że łatwo wpada w gniew i strasznie przeklina. – Dla kogoś postronnego musi to być fatalne – przyznawał, a na swoją obronę miał tylko to, że jak był młody, wpadał w złość z byle jakiego powodu, a później wyprowadzić z równowagi go mogło tylko coś poważniejszego. – Wpadam w furię, gdy ktoś nie zrobi czegoś przy chorym. Tego nie wybaczam – opowiadał.

Nigdy nie wziął łapówki: – Pacjent, który próbuje mi wsunąć do kieszeni pieniądze, zwyczajnie mnie obraża – podkreślał.

Wielki lekarz, zwyczajny człowiek

Wszyscy wiedzieli też o jego słabości do palenia. Widok zaciągającego się papierosem Religi wielu osobom kłócił się z płynącymi zewsząd ostrzeżeniami przed fatalnymi skutkami tego nałogu. Relidze nie czyniono jednak z tego powodu wyrzutów, ta słabość pozwalała w nim – wielkim lekarzu – zobaczyć też zwyczajnego człowieka.

Jego wielką pasją było łowienie ryb, zdarzało mu się złapać i rekina, i 38-kilogramowego tuńczyka. Za smakiem ryb jednak nie przepadał, więc jeśli mógł, swoją zdobycz wypuszczał z powrotem do wody. Łowienie było mu potrzebne jak dodatkowa porcja adrenaliny, z tego samego powodu samochodem pędził zawsze na złamanie karku, aż inni bali się z nim jeździć.

Gdy był już sławny, dał się namówić do polityki. Miał nadzieję, że dzięki temu uda mu się dokończyć zaczętą jeszcze za PRL budowę olbrzymiego szpitala na granicy Zabrza i Gliwic. Choć szybko z tych mrzonek się wyleczył, w polityce już został, dzieląc od tamtej pory swój czas między nią a pomaganiem chorym. Zawsze coś robił, nikt go nigdy nie przyłapał na spokojnym wysiadywaniu w fotelu. Chyba tylko tacy jak on potrafią dokonywać rzeczy, które dla wszystkich innych wydają się niemożliwe.

Zabrzanin stulecia. Od 27 maja głosujemy!

Z okazji 100. rocznicy uzyskania przez Zabrze praw miejskich redakcja „Gazety Wyborczej" zorganizowała plebiscyt na zabrzanina stulecia. Najpierw w internetowym głosowaniu nasi czytelnicy wybierali osobę, która ich zdaniem zrobiła najwięcej dla Zabrza. Spośród 50 kandydatów wyłonili w ten sposób finałową dwunastkę z największą liczbą głosów. Czas na finałowe głosowanie: od 27 maja do 17 czerwca każdy może wybrać osobę, która jego zdaniem zasługuje na tytuł zabrzanina stulecia.

W finałowej dwunastce znaleźli się piłkarze Ernest Pohl, Włodzimierz Lubański i Stanisław Oślizło, lekarze Zbigniew Religa, Franciszek Kokot i Zygfryd Wawrzynek, twórca chóru Resonans con tutti Norbert Kroczek, twórca ekslibrisów Kazimierz Szołtysek, architekt Dominikus Böhm, pianista Krystian Zimerman,  prezydent Małgorzata Mańka-Szulik oraz Janosch, czyli Horst Eckert.

24 czerwca ogłosimy wyniki głosowania.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem