Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

6 kwietnia w katowickim Spodku odbędzie się gala boksu zawodowego, z zawodowym ringiem pożegna się wtedy Tomasz Adamek. Pokażą się tam również inni znani pięściarze: Mariusz Wach, Damian Jonak, Adam Balski i Robert Parzęczewski.

Tomasz Gromadzki będzie jedynym pięściarzem z Katowic. Prezentuje wyjątkowo widowiskowy styl walki, który rozgrzewa publiczność. W zeszłym roku telewizja Polsat obwołała go autorem „nokautu roku”. To także najlepszy pięściarz wśród przedsiębiorców pogrzebowych i najlepszy przedsiębiorca pogrzebowy wśród pięściarzy. Nie wygląda na zabijakę. Skromny, spokojny, niski facet w okularach. Zmienia się w ringu.

Katowicki bokser Tomasz Gromadzki podczas treningu ze swoim treneremKatowicki bokser Tomasz Gromadzki podczas treningu ze swoim trenerem GRZEGORZ CELEJEWSKI

Paweł Czado: Wołają na pana „Zadyma”.

Tomasz Gromadzki: Bo w każdej walce chcę zajechać przeciwników fizycznie. Moim celem jest ich zamęczyć, czasem mi się nie udaje, wtedy ludzie mówią, że walczyłem sercem.

Ledwo stoję na nogach, a mimo wszystko idę do przodu, pcham i biję. Stąd przydomek „Zadyma”.

W ringu oddaję całego siebie, bo chcę, żeby kibice byli zadowoleni. Muszę czuć, że zrobiłem wszystko, co mogłem. A jeśli w trakcie walki czuję, że ją wygrywam, to nie odpuszczam, nie walczę asekurancko, idę do końca. Taki mam styl. Kolega z ringu Reinhold Bromboszcz [mistrz Polski w wadze koguciej sprzed dziesięciu lat – przyp. aut.] powtarzał: „Jesteśmy w ringu aktorami i robimy spektakl”. Dokładnie tak! Ludziom musi się podobać, muszą chcieć przyjść na kolejne walki. Cieszę się, że kibice doceniają mój styl.

Jest pan także przedsiębiorcą pogrzebowym. Niecodzienne połączenie...

– Wyprowadziłem się od rodziców, kiedy miałem 19 lat. Potrzebowałem pracy i znalazłem ją w hurtowni warzyw i owoców na Załężu. Po dwunastu godzinach byłem wyczerpany, ale robiłem 15 minut drzemki i jazda na trening. Ciężko było. Potem pracowałem dorywczo w weekendy – byłem ochroniarzem w dyskotece.

Poleciłem do tej pracy kolegę, który zajmował się odbiorem zwłok i noszeniem trumien. Powiedział, że się odwdzięczy i załatwi mi robotę w biznesie pogrzebowym.

Obiecał, że zarobię tyle co w hurtowni, a będę miał więcej czasu i energii na treningi.

Dobrze zrobiłem, że go posłuchałem. Pracowałem po trzy-cztery godziny dziennie, tyle co przy pogrzebie. Miałem czas trenować. Zdecydowałem się rozkręcić własny interes w tej branży, ale w innej dzielnicy. Otworzyłem zakład pogrzebowy na Giszowcu, potem drugi w Mysłowicach. Porwałem się z motyką na słońce, bo nie miałem żadnych znajomości w tym biznesie. Byłem młody i głupi, miałem 23 lata. Rozpierała mnie energia i miałem ciekawe pomysły.

Jakie?

– Pierwszy w Polsce otworzyłem stronę pogrzeby online. Zobaczyłem to w telewizji: ktoś zmarł, nagrali z pogrzebu płytkę i wysłali rodzinie za granicą. To popularna usługa w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, ale w Polsce nikt tego nie robił. Akurat pojawił się internet LTE, czyli strumieniowa transmisja danych, i można było robić bezpośrednie internetowe transmisje z pogrzebów w dobrej jakości. Rodzina z daleka nie mogła przyjechać, a chciała zobaczyć pogrzeb, byłem do usług.

Wypaliło?

– Nie! Polacy są jednak tradycjonalistami. Starsze pokolenie nie jest jeszcze otwarte na nowości, ale dorosną młodzi i pogrzeby online wypalą. Nie zraziłem się porażką, otworzyłem klasyczny dom pogrzebowy. Powoli się rozwijałem, z czasem kupiłem samochód, potem drugi. Teraz otworzyłem lokal w Mysłowicach.

Ilu ma pan pracowników?

– Zatrudniam kilka osób tylko do noszenia trumien i jednego pracownika biurowego. Trzeba sobie radzić, tak mnie nauczono. Stół stoi na czterech nogach, więc człowiek też powinien mieć zabezpieczenie i dochody z kilku źródeł. W moim przypadku pierwsze źródło to walki bokserskie, drugie – zakład pogrzebowy, trzecie – prace dorywcze. Ostatnio zacząłem też trenować innych zawodników.

Boks to ciężki kawałek chleba?

– Lubię to, choć tata powtarzał: Dziecko, przestań się wygłupiać, idź do pracy na pełny etat. Obiecałem sobie, że jeśli przed 25. rokiem życia nie zrobię kariery amatorskiej, skończę z boksem. W mistrzostwach Polski przechodziłem eliminacje okręgowe, potem trafiałem na rywali, z którymi przegrywałem po zaciętej walce punktem albo dwoma, a oni potem zostawali mistrzami Polski. Najważniejsze, że uczyłem się boksować i nabierałem doświadczenia. Udało się, w wieku 25 lat przeszedłem na zawodowstwo.

Czyj styl walki lubi pan najbardziej?

– Mike’a Tysona, staram się na nim wzorować.

Uwielbiam Tysona!

– Zastanawiałem się, dlaczego niektóre jego akcje nie wychodzą innym zawodnikom. I zrozumiałem, że kluczem jest budowa ciała.

Jestem krępy, mam 172 cm wzrostu, a zawodnicy w mojej kategorii są czasem wyżsi ode mnie o głowę.

Muszę więc bazować na ciosach bitych na pełnym skręcie, a nie na zasięgu rąk albo boksie technicznym. Musiałem nauczyć się wykorzystywać swoje warunki, jest bardzo mało zawodników walczących tak jak ja. Moim trenerem jest Ukrainiec Misza Strogyj z klubu Kleofas 06 Katowice. Musiałem pod jego okiem doszlifować własny styl.

Katowicki bokser Tomasz Gromadzki podczas treningu ze swoim treneremKatowicki bokser Tomasz Gromadzki podczas treningu ze swoim trenerem GRZEGORZ CELEJEWSKI

Nie mogę się nawet porównywać do Tysona, ale ja też ciągle dążę do zwarcia i biję w półdystansie. Jestem w stanie przez sześć rund ciągle spychać przeciwnika. W półdystansie lubię stosować więcej haków, ciosów z dołu i sierpowych.

Mówi pan, że chce zmieniać stereotyp pięściarza.

– Tak, bo jeszcze niedawno bokserów uznawało się za ludzi prymitywnych, wręcz kryminalistów. Dostawali dobre oferty od różnych grup przestępczych. Ale to się zmienia. Żeby dzisiaj zrobić karierę w jakiejkolwiek dziedzinie, trzeba być człowiekiem przedsiębiorczym, inwestować w siebie, umieć pozyskiwać sponsorów. Trzeba więc umieć się odezwać, napisać maila, zareklamować własne umiejętności. Sam uczę się pisać te maile, patrzę po słownikach, żeby nie robić błędów ortograficznych i składniowych.

Boks uczy życia?

– Moi koledzy poza ringiem mają własne firmy, pracują jako nauczyciele wuefu, są górnikami, wielu prowadzi seminaria, obozy szkoleniowe, są trenerami.

Kiedy pan po raz pierwszy pomyślał o boksie?

– Zaczęło się od walk w... mieszkaniu. Mam starsze rodzeństwo, dwóch braci i siostrę. Kiedyś nie było komputerów i gier, a Krzysiek, mój brat starszy ode mnie o osiem lat, miał w domu dwie pary rękawic bokserskich. Urządzaliśmy sparingi. Drugi brat, Arek, starszy o siedem lat, przyłączał się do tych walk. Moja siostra Alicja, dwa lata ode mnie starsza, też brała w tym udział!

Kiedy miałem 14 lat, koledzy z osiedla zbierali ekipę na treningi karate. No jasne, że chciałem być z nimi! Trenowaliśmy w Śląskim Klubie Karate „Goliat”, a Krzysiek trenował też kick-boxing. Fascynowała mnie zwłaszcza odmiana K-1.

Boksu tajskiego też pan próbował?

– Oczywiście!

Mnie ta odmiana walki przeraża! Można zadać cios łokciem z góry i złamać przeciwnikowi nos.

– Wystartowałem w tej odmianie na mistrzostwach Polski. Wygrałem pierwsze dwie walki, a potem spotkałem się z Wojciechem Kosowskim, dziesięciokrotnym mistrzem Polski, mistrzem świata i Europy. Przegrałem, ale walka była wspaniała, bo ja zadziorny jestem.

Było mnóstwo formuł i stylów walk, w których chciałem spróbować swoich sił. Walczyłem nawet w MMA, w klatce. Miałem wtedy 19 lat, dwa razy wziąłem udział w takiej imprezie.

W klatce jest trudniej złapać przeciwnika, bo w oktagonie nie ma narożników. Nie można go przyskrzynić i wygrać przed czasem.

Stoczyłem dwieście walk amatorskich w siedmiu dyscyplinach. W kick-boxingu odmiany: low kick, K-1, full contact, oriental rules. W karate: semi knokdown i full contact. No i boks... W pięciu odmianach piętnaście razy byłem mistrzem Polski. Przestałem już liczyć, bo po dwustu walkach człowiek się gubi w tych bilansach.

Czyli lubi się pan bić?

– Powiedzmy raczej, że walczyć. W walce jest taktyka, trzeba rozpracować przeciwnika. Gdyby trener karate dowiedział się, że kogoś pobiłem, miałbym zakaz treningów!

A zdarzyło się?

– Nie, nigdy! W gimnazjum, w okresie młodzieńczego buntu, gdy testosteron buzował, uprawiałem sztuki walki i mogłem cały ten nadmiar energii wyładować. Zależało mi, chciałem się rozwijać, więc ryzyko zakazu treningów przemawiało mi do wyobraźni. Zresztą człowiek, który jest świadomy własnej siły i umiejętności, nie musi się w tym utwierdzać na ulicy. Oczywiście, kiedy zaczynałem trenować, chciałem przede wszystkim umieć się obronić. Lubię się czuć bezpiecznie i chcę, żeby moi bliscy też się tak przy mnie czuli. Potrafię być bardziej asertywny niż kiedyś. Jak ktoś się np. wepchnie do kolejki, zawsze mówię: „przepraszam, pan tu nie stał”. Gdyby nie sztuki walki, pewnie zwieszałbym głowę i się nie odzywał.

Jak wygląda pana dzień podczas przygotowań do walki?

– Wstaję 5.40, pierwszy trening robię o 6.30. Jadę do pracy, potem kolejny trening. Dzisiaj już biegałem.

Jaki dystans?

– Biegam czysto pod walkę, dystans nie jest długi. Czasowo tyle, ile trwa walka. Stosuję interwały, bo w walce też są zmiany tempa. Biegnę tyle, ile trwa runda, czyli około trzech minut. Z rundy na rundę zwiększam liczbę sprintów. Odpoczywam przez minutę – tyle, ile trwa przerwa między rundami.

To symulacja – jakby biegowa – walki?

– Dokładnie tak! Stosuję przyspieszenia tętna, zwiększony wysiłek serca.

Jedzenie?

– Mam dietetyka.

Warto się tak poświęcać?

– Oczywiście! Boks to najbardziej opłacalna dyscyplina sportu ze sztuk walki. Obiecałem sobie, że jak będę zawodowcem, zrobię wszystko, żeby wygrać każdą walkę. Nie ma żadnych imprez, przez trzy, cztery miesiące przed starciem na ringu obowiązuje ścisła dieta. Staram się bardziej wysypiać, odpuszczam weekendową pracę. Czasem nawet rezygnuję z pracy w zakładzie.

Walka w Spodku będzie dla pana bardzo ważna.

– Spośród bokserów, którzy wystąpią na tej gali, jestem jedynym, który urodził się i mieszka w Katowicach.

Jestem z Bogucic. To będzie moja dwunasta walka na zawodowym ringu.

W polskim rankingu mam przed sobą dwóch zawodników w mojej kategorii wagowej, czyli w superśredniej [76 kg 200 g – przyp. aut.]. Jeden nie chciał walczyć, a drugi miał dłuższą przerwę. Cztery razy wyzywałem go na pojedynek, ale nie chciał walczyć. Jedynym zawodnikiem, który jest w stanie stoczyć ze mną wyrównaną walkę, jest Mateusz Rzadkosz. I to z nim będę walczył w Spodku. Specjalnie zbije wagę, żeby się ze mną spotkać. Pojedynek jest zakontraktowany na osiem rund. Spotkamy się już trzeci raz. Najpierw był remis, potem on wygrał w piątej rundzie po ciosie na wątrobę. Teraz chcę wziąć rewanż. Jestem teraz bardziej doświadczony i lepiej przygotowany, a wygrana spowoduje, że będę mógł walczyć o jakiś pas.

Tomasz „Zadyma” Gromadzki

Pięściarz, karateka i kick bokser, urodził się w Katowicach 8 stycznia 1990 roku. W karate jest multimedalistą mistrzostw Polski i wicemistrzem Pucharu Europy w formule full contact. W kick boxingu – zawodowym mistrzem Polski w formule low kick.

W boksie w karierze amatorskiej zdobył Puchar Polski juniorów, był mistrzem Grand Prix Pucharu Polski, zdobywcą Złotej Rękawicy. W karierze zawodowej od 2015 roku stoczył 11 pojedynków (9 zwycięstw, jeden remis, jedna porażka). W zeszłym roku stoczył cztery walki, wszystkie wygrał. Walka w Spodku będzie pierwszą w tym roku.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.