Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Stefan Florenski był bohaterem jednego z rozdziałów książki „Górnik Zabrze. Opowieść o złotych latach”, która ukazała się w 2017 r. Ten rozdział poniżej.

***

Żeby Florek nie dał sobie wchodzić w korek

Jadę do Hamm niedaleko Gelsenkirchen. Mam okazję przekonać się, jak wiele dla piłkarza znaczy dobra żona. Marianna i Stefan Florenscy są razem od 59 lat. Dobrze im ze sobą. Widać, że są szczęśliwi.

Pani Marianna (podobna do aktorki Ewy Wiśniewskiej) jest bardzo energiczna. Dba o męża. Od razu przejmuje inicjatywę, lubi opowiadać.

– Ślub braliśmy w 1958 roku. Jako prezent od zawodników Górnika dostałam nudelkulę [wałek do ciasta – przyp. aut.]. Weselisko było w Sośnicy, dzielnicy Gliwic, z której pochodzi mąż. Przyjechali na nie piłkarze Górnika z żonami i narzeczonymi. Kobiety posadziły mnie na stołek, a mężczyźni mojego męża i unieśli do góry. Ale koleżanki nie miały siły, więc podniosły mnie z największym trudem i zaraz potem… upuściły. Dużo śmiechu było! Impreza była huczna, każdy był „na gazie”. Po imprezie piłkarze mieli problem z powrotem do domów, ale znalazło się rozwiązanie. Jeden z gości weselnych był kierowcą wywrotki. Wszystkich piłkarzy z żonami powsadzał na pakę i tak wracali wszyscy wesoło z Sośnicy do Zabrza! A kiedy zajechał na miejsce, po prostu podniósł wozidło, wysypał ich i odjechał! No dużo śmiechu było…

Stefan Florenski podczas wizyty w ukochanym Górniku Zabrze w 2011 rokuStefan Florenski podczas wizyty w ukochanym Górniku Zabrze w 2011 roku Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta

Stefan Florenski to jedna z pomnikowych postaci Górnika. Człowiek, który rozpowszechnił w Polsce wślizgi. Coraz mniej kibiców go pamięta, ale wszystkie dawne piłkarskie sławy, z którymi rozmawiam, zawsze wypowiadają się o „Florku” (bo wszyscy tak na niego wołają) z największym uznaniem.

Florenski gra w Górniku aż 15 lat. Przychodzi do klubu w 1957 roku, kiedy Górnik zdobywa pierwszy mistrzowski tytuł. Odchodzi w 1971 roku, gdy Górnik zdobywa tytuł dziewiąty.

Maślanka za wiązanie snopków

Stefan Florenski: – Pochodzę z Sośnicy, dzielnicy Gliwic, ze śląskiej górniczej rodziny. Nie było w niej tradycji sportowych. Zaraz po wojnie zacząłem trenować w miejscowym klubie. Grałem w nim jako napastnik i strzelałem dużo bramek. W 1956 roku A-klasowa Sośnica zagrała sparing z Górnikiem Zabrze, który wówczas występował już w I lidze. Przegraliśmy 0:8, ale spodobałem się Augustynowi Dziwiszowi, ówczesnemu trenerowi Górnika. Mówili w Zabrzu: „Brać go do nas, brać go”.

Ale prezesem klubu z Sośnicy był wtedy Władysław Lubański, ojciec Włodka. Kiedy dowiedział się o zakusach Górnika, wezwał mnie do siebie i powiedział, że jego zdaniem lepiej, żebym poszedł do drugoligowego Piasta Gliwice, bo w Górniku wpadnę w złe towarzystwo.

„Nie idź tam, nie idź” – powtarzał. Liczyłem się z jego zdaniem. W tym czasie pracowałem na dole w kopalni Sośnica, przy transporcie węgla. Sztygarem był tam właśnie Władysław Lubański. To on wziął mnie na oddział i dał mi na tyle lekką pracę, że mogłem jednocześnie trenować i grać w piłkę.

Marianna Florenska: – Pracowałam wtedy w kopalni Sośnica w sekretariacie. Patrzyłam, jak taki „morusek” wychodzi po pracy (w tym momencie uśmiech i czułe spojrzenie na męża). To był okres, kiedy piłkarze Sośnicy wyjeżdżali za miasto, najczęściej do Pławniowic, na prace społeczne, na przykład wiązać snopki. W podzięce dostawali od rolników na przykład maślankę. Ja też jeździłam na te prace i właśnie wtedy poznaliśmy się bliżej z moim przyszłym mężem. Prezes Lubański również brał udział w tych wyjazdach, zresztą zabierał na nie syna. Jeździliśmy do Pławniowic ciężarówkami, mąż często trzymał Włodka na kolanach. A na miejscu Włodek nas często zza krzaka obserwował…

Włodzimierz Lubański: – Florek był dla mnie jak starszy brat. Kiedy ojciec zabierał mnie na mecze, Florek nosił mnie na rękach.

Przyjechałem ukradkiem popatrzeć na ślub, właściwie w krzakach siedziałem, żeby zobaczyć, jak żeni się piłkarz. Pohl przyjechał ifą. Dla mnie, młodego człowieka, to było wielkie przeżycie. W Zabrzu były wtedy jakieś dwa samochody na krzyż, a tu piłkarz przyjeżdża takim samochodem. Jak też tak chciałem!

Ucieczki do spiżarni

Florenski za namową prezesa Lubańskiego podpisuje wstępny kontrakt z Piastem Gliwice, ale Górnik nie ma zamiaru odpuszczać. Do piłkarza z namowami jeździ mecenas Michał Schulz. – Zapewniał, że będę miał pewne miejsce w składzie Górnika – wspomina Florek.

Marianna: – Mój przyszły nie chciał przechodzić do Zabrza. Jego rodzina mieszkała w Sośnicy we własnym domu, był tam szczęśliwy. Z tyłu gospodarstwa była spiżarnia. Zamykał się w niej, bo unikał działaczy Górnika. Ale w końcu przekonaliśmy go, żeby spróbował. W Zabrzu miałby przecież lepsze warunki.

Stefan Florenski Stefan Florenski  Fot. Maciej Jarzębiński / AGENC

Florenski debiutuje w Górniku 3 lutego 1957 roku w drugiej rundzie Pucharu Sportu w meczu ze Stalą Huta Kościuszko, który Górnik wygrywa 4:1. Z prasy: „Z nowości oglądaliśmy obrońcę Florenckiego [jego nazwisko będzie jeszcze przekręcane na różne sposoby – przyp. aut.]. To typ gracza o dość znacznej szybkości, energicznie wkraczającego w każdą akcję i – co bardzo ważne – władającego dość biegle oboma nogami”.

– Szło mi bardzo dobrze. Kiedy przychodziłem do Zabrza, Górnik jeszcze ani razu nie był mistrzem Polski. Cały rok 1957 był dla mnie niesamowity. Niedługo potem na obozie w Wiśle usłyszałem od trenera Huberta Skolika [wówczas kierownika drużyny i współpracownika trenera Zoltana Opaty, który zastąpił Dziwisza na początku 1957 roku – przyp. aut.], że jak dalej będę się tak starał, to zrobię naprawdę wielką karierę. Myślałem, że żartuje.

Wątpiłem w to, śmiałem się, nie wierzyłem… Tymczasem jeszcze w tym samym roku zdobyłem z Górnikiem pierwsze mistrzostwo Polski! Nie tylko podstawowa jedenastka była bardzo mocna. Zdarzało się przecież, że piłkarze siedzący w klubie na ławce rezerwowych grali w reprezentacji Polski!

Awantura o buty Adidasa

W 1957 roku reprezentacja Polski z trzema piłkarzami Górnika w składzie: napastnikiem Romanem Lentnerem, pomocnikiem Ginterem Gawlikiem [zmarł w 2005 roku w Niemczech, gdzie wyjechał w drugiej połowie lat 60. – przyp. aut.] i obrońcą Stefanem Florenskim pokonała Związek Radziecki w eliminacjach mistrzostw świata. Florenski: – Doskonale zapamiętałem Eduarda Strielcowa [as Torpedo Moskwa strzelił Polsce gola podczas trzeciego meczu w Lipsku, decydującego o awansie do MŚ 1958. Potem siedział kilka lat w łagrze – przyp. aut.]. Strielcow miał bardzo dobry strzał, ale grał fair. Żadnej kopaniny między nami nie było – wspomina piłkarz.

Marianna Florenska: – Po tym meczu ze Związkiem Radzieckim mąż z właściwie nieznanego zawodnika stał się bardzo popularny. Już nie pamiętam, kto publicznie powiedział: „Proszę państwa, można zawołać głosem Oskara Wilde’a: po co wam słońce, przed tym człowiekiem warto zdjąć kapelusz”. Byłam taka dumna…

W 1960 roku Florenski dostaje powołanie do reprezentacji na igrzyska olimpijskie w Rzymie. – Już na miejscu we Włoszech, w sparingu z jakąś miejscową drużyną, złamałem nogę. Wyskoczyłem w górę, chciałem wybić piłkę nożycami i fatalnie upadłem. Pół roku miałem z głowy. To była moja najpoważniejsza kontuzja w karierze. Całą olimpiadę przeleżałem z nogą w gipsie w hotelowym pokoju, nie schodziłem nawet na posiłki. Mieszkałem razem z Ernestem Pohlem, który opowiadał mi o wszystkim – mówi Florenski.

Z Pohlem trzymają się najbardziej. Florenscy do dziś mają w Hamm specjalny kącik piłkarski. Na honorowym miejscu wspólne zdjęcie z Ernestem.

W reprezentacji Polski „Florek” występuje tylko jedenaście razy. Poszło o… sprzęt Adidasa. – Wszyscy piłkarze, którzy grali na meczu reprezentacji w Niemczech w 1959 roku [1:1 z NRF w Hamburgu w 1959 roku – przyp. aut.], mieli obiecane buty tej firmy. Inni zawodnicy dostali, ja akurat byłem kontuzjowany, więc buty, które mi się należały, dostał ktoś inny. Upominałem się o nie u kapitana związkowego Czesława Kruga kilka razy, nic to nie dało. Zbywali mnie. Zdenerwowałem się i od tej pory zawsze, kiedy byłem powoływany do kadry, wysyłałem zwolnienia lekarskie. No i przestali mnie powoływać, ale po dziewięciu latach dostałem powołanie jeszcze raz. Miałem już 34 lata, ale wciąż byłem w wysokiej formie. W dodatku mecz miał się odbyć na Stadionie Śląskim. Zgodziłem się. Pokonaliśmy Irlandię. Nie wiedziałem, że to będzie naprawdę mój ostatni mecz w reprezentacji.

Marianna Florenska: – Mąż na ten temat nie lubi mówić, ale – nie złość się na mnie – ja powiem. Kiedy wyjeżdżał na mecze reprezentacji albo spotkania z Legią, nie zawsze było mu miło. Mówił po śląsku, więc często słyszał kąśliwie docinki. Piłkarze udawali, że go nie rozumieją. Bolało go to.

Odstaw pana do domu, ale już!

Piłkarze nie zarabiają wtedy kokosów. Za przejście do Górnika „Florek” dostaje… ubiór górniczy. – Człowiek miał jedne dobre buty piłkarskie i w nich się grało. Ważne było, żeby je dobrze napastować – przypomina sobie Florenski. Ale czasem piłkarze dostają na przykład talony na telewizory.

– Czasy były ciężkie, niektórzy nam zazdrościli. Nikt w złości nie zwracał uwagi na to, że Górnik potrafił wygrać ligę z siedmioma punktami przewagi – mówi piłkarz.

Marianna Florenska: – Mąż miał jawę 250, bardzo fajny motor. W trójkę nim jeździli bez prawa jazdy, z Kowalem i Janem Pieczką [do 1953 roku Pietzką, piłkarzem Górnika w latach 1950–1961, który też wyjechał do Niemiec – przyp. aut.].

– To fakt, prawa jazdy nie miałem – przyznaje Florenski. – Zdarzyło się, że milicja raz mnie zatrzymała, kiedy jechałem na motorze. „Nie macie prawa jazdy? Już na komisariat!” – usłyszałem.

Na komisariacie dyżurny spogląda w dowód osobisty piłkarza, wlepia bazyliszkowy wzrok w milicjanta, który zatrzymał Florenskiego, i syczy: – Zwariowałeś? Kogoś ty mi tu przyprowadził?! Przecież to piłkarz Górnika, durniu! Odstaw pana do domu, ale już!

Marianna Florenska: – Milicjanci w Zabrzu bardzo kibicowali Górnikowi. Pewnego razu córka przeszła na czerwonym świetle. Zatrzymali ją, spojrzeli w papiery i powiedzieli: „Dobrze, że jesteś córką Florenskiego. Idź, ale uważaj, bo na drugi raz zapłacisz karę”. W takich momentach czuliśmy, że jesteśmy w Zabrzu uprzywilejowani.

Wślizgi

Nikt wcześniej w Polsce nie stosował wślizgów.

Jan Kowalski: – To „Florek” je u nas wprowadził, miał je opanowane do perfekcji.

Florenski: – Kiedyś w Austrii na jednym z meczów zobaczyłem takie zagranie i mnie olśniło. Pierwszy raz zaryzykowałem na Stadionie Śląskim. Nie pamiętam, z kim graliśmy. Arbiter nie odgwizdał faulu, bo to był jakiś sędzia zagraniczny, który już wcześniej musiał się spotkać z takim zagraniem. W polskiej lidze na początku nie było mi jednak łatwo. Sędziowie często odgwizdywali faule, wszyscy dyskutowali, czy w ogóle można grać w ten sposób. Zwolennicy podkreślali, że przecież nie ma mowy o faulu, kiedy noga atakuje piłkę. Wkrótce także inni zaczęli stosować wślizgi i nie było tematu. Ustalono, że kiedy pięta dotyka ziemi, wślizg jest bardzo czystym zagraniem. Trenerzy w Górniku powtarzali mi: Florek, stosuj te wślizgi, ale nie próbuj ich w polu karnym.

Marianna: – Robił to tak sprytnie… W dodatku bardzo szybko potrafił się z tego wślizgu podnieść. Inni męża naśladowali, ale nikt nie robił tego tak czysto jak mąż.

Znany radiowy dziennikarz sportowy Witold Dobrowolski na antenie mówi z uznaniem o „szpagatach Florenskiego”.

„Florek”: – Umiałem szpagaty dzięki żonie, ona mnie nauczyła.

Marianna: – Mogłam kontrolować postępy męża, bo w dzieciństwie trenowałam gimnastykę w Kolejarzu Gliwice. Byłam w tym całkiem niezła. Kiedyś jako nastolatka zdobyłam nawet mistrzostwo Polski na równoważni.

Roman Lentner: – „Florek” na treningach próbował swoje wślizgi właśnie na mnie.

Stanisław Oślizło: – Lata całe byliśmy w parze środkowych obrońców. Podpatrywałem, jak „Florek” robi te wślizgi, ale regularnie zaczęliśmy je trenować za kadencji Jasia Kowalskiego [od 1972 roku – przyp. aut.]. Florenski pięknie potrafił zrównać się albo nawet wyprzedzić przeciwnika, a potem bardzo czysto, bez dotykania rywala, wygarniał lub wybijał tę piłkę.

Jan Gomola: – Zawsze zdumiewało mnie, że nigdy nie bał się ewentualnego karnego. A nie bał się, bo nie dawał sędziom powodów nawet do zastanowienia. Po prostu pan piłkarz.

„Florek” w obronie zazwyczaj jest bezbłędny, z przodu się nie udziela, rzadko strzela na bramkę. Florenski: – Wtedy od obrońców goli się nie wymagało, ale przez te wszystkie lata dwie w lidze udało mi się strzelić.

Aż do czterdziestki

Marianna: – Kiedy mieliśmy już dwójkę dzieci, Bayer Leverkusen chciał kupić męża. Jeździli za nim, namawiali go, kiedy był z Górnikiem, na tournée po Niemczech.

Florenski: – Warunki obiecywali świetne. Starał się o mnie również Werder Brema.

Marianna: – Pewnie dojechałybyśmy z dziewczynkami do tego Leverkusen z pięć lat później, wcześniej z Polski by nas nie wypuścili. Ale mąż wrócił do kraju i powiedział na progu na powitanie: „Gdyby dali mi tam starą chałupę i nic więcej, ale wy byście w niej były, to bym został. A tak – wolałem jednak wrócić”.

Ostatni mecz w barwach Górnika zalicza na miesiąc przed 37. urodzinami. Na początku lat 70. w piłkę w tym wieku się już nie grało. To pokazuje, jaki jest potrzebny.

Miejsce w składzie drużyny traci w czasie, gdy Górnika trenuje Ferenc Szusza. Mimo to nie chce jeszcze kończyć kariery. Kopie piłkę aż do czterdziestki, najpierw w Górniku Wesoła, a po fuzji kończy grę w GKS-ie Tychy w 1973 roku. Potem wraca do Górnika, zostaje asystentem Teodora Wieczorka, legendy polskiej trenerki.

– Praca asystenta dawała mi satysfakcję, bo była związana z piłką. Wieczorek mówił mi: „zrób to albo tamto” i zawsze robiłem to z ochotą – mówi Florenski.

Dwanaście tysięcy kibiców

W 1981 roku Florenski wyjeżdża na stałe do Niemiec. – Pojechaliśmy odwiedzić na święta matkę, nagle w Polsce ogłoszono stan wojenny. Strach było wrócić, nie wiadomo było, co się dzieje. Wszyscy mi mówili: „Nie wracaj, tam wojska stoją”. Zdecydowałem się zostać. Osiedliłem się w Hamm, gdzie mieszka wielu Ślązaków. Kiedy miejscowi dowiedzieli się, kim jestem, zaproponowali mi szkolenie juniorów. Jednocześnie, żeby mieć ciągłość pracy, poszedłem do kopalni w Hamm. Przez pięć lat byłem tam operatorem maszyny, która ciągnęła wozy z węglem.

Marianna Florenska: – Mąż nie urodził się wcale jako Stefan, tylko jako Ginter, i tak do niego wszyscy w Sośnicy mówili. Kiedy ktoś wołał na ulicy „Stefan”, nawet się nie odwracał, nie wiedział, że to o niego chodzi.

Do Niemiec jeździliśmy w odwiedziny do rodziny w Kolonii już od lat 60. Ale nigdy nie mogliśmy tam pojechać wszyscy razem. Zawsze przynajmniej jedno dziecko musiało zostać w Polsce jako zakładnik, żebyśmy musieli wrócić. Nasze dziewczynki musiały się więc dzielić. Raz jechała jedna, raz druga. Kiedy stały w kolejkach po paszporty, złośliwie odrzucano ich podania, bo miały wpisane „Ginter” w rubryczce imię ojca. „Polska takiego piłkarza jak Ginter Florenski nie ma” – słyszały. Musiały poprawić i mogły sobie postać w kolejce od początku.

Florenski: – Na emeryturę przeszedłem w 1986 roku. Miałem sporo czasu, więc razem z córką Zuzanną postanowiłem zorganizować mecz wspomnień Górnik Zabrze – Ruch Chorzów. Zjechali się dawni koledzy z różnych stron. Przyjechał także Gerard Cieślik. Zainteresowanie było ogromne. Sponsor mówił przed meczem, że koszty mu się zwrócą, jeśli przyjdzie dwa tysiące ludzi. Zastanawialiśmy się, czy w ogóle ktoś przyjdzie na mecz drużyn, których właściwie nie znają. Przed meczem jedliśmy obiad w restauracji przy stadionie z ekipą Ruchu i nagle się zaczęło. Za oknem śpiewy, transparenty, szaliki, trąbki… Przyszło dwanaście tysięcy kibiców! Przyjechali nawet z Norymbergi, z Monachium, z całych Niemiec… Zdezorientowana policja nie wiedziała, jak te tłumy kierować na parkingi…

Marianna Florenska: – Dawne przeżycia ze Śląska odżyły. Sponsor wyprzedał wszystkie bilety. Tak się spodobało, że potem odbyło się jeszcze spotkanie z Orłami Górskiego.

Florenscy: – A Śląsk jest w nas. Pamiętamy, że tam są nasze korzenie.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.