Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Kiedy byłem nastolatkiem, śląski futbol był nie tylko mocny, ale i piękny. Na placu dyskutowaliśmy nie tyle o wynikach, bo te były oczywiste, co konkretnych akcjach czy zagraniach – Jana Furtoka, Krzysztofa Warzychy albo Jana Urbana... Ale jakoś niepostrzeżenie minęło nam nie tyle zamiłowanie do piękna, co samo piękno. Boiskowe piękno.

To oczywiste, że nie chcę idealizować tamtych czasów, ale tak się składa, że w XXI wieku dyskutujemy tylko o zwycięstwach, porażkach, skuteczności, nieskuteczności, „babolach” (choć one też potrafią być piękne), a już nie o tym, że wzruszyło nas jakieś konkretne zagranie. Bo ja „stety” tak mam, że podczas meczu potrafię się wzruszyć czymś, co stało się na murawie. A raczej potrafiłem i... bardzo za tym tęsknię. Oczywiście nie chodzi mi o to, że piękno jest jedną z transcendentalnych właściwości bytu: ani piłkarze, ani ja nie potrzebujemy tej świadomości, przebywając na stadionie.

Pretekstem do napisania tych paru słów jest niedawny mecz Górnika w Poznaniu. Wreszcie ktoś sprawił, że znowu poczułem ten dreszcz co wiele lat temu, a oczy mi zwilgotniały.

Po meczu dwóch ludzi nie spytało mnie, czy widziałem zwycięstwo Górnika, ale czy widziałem podanie Ioannisa Mystakidisa przy bramce na 1:0 z 41. minuty. Kibice też odczuwają chroniczną potrzebę chłonięcia piękna! Czyż nie o to chodzi?

Iannis MystakidisIannis Mystakidis JAN KOWALSKI

Wiadomo, że w podbramkowej sytuacji, w jakiej jest Górnik w tym sezonie, wynik determinuje wszystko i trudno, żeby było inaczej. Ludzie na Śląsku są cholernie pragmatyczni i  cenią przede wszystkim efekty. Ale jeśli pojawia się przy tym piękno – czyż to nie piękne?

Niedawno miałem okazję spotkać się z Marcinem Broszem. Poruszyłem to zagadnienie. Trener Górnik spojrzał na nie jak... esteta z biznesowym zacięciem (w futbolu to możliwe, bo w futbolu wszystko jest możliwe). – Wiadomo, że wynik jest kluczowy, ale dla nas jest ważne żeby krzesełka się zapełniały – właśnie tak jak pan mówi, panie Pawle: żeby ludzie żyli konkretnym podaniem, zagraniem, bo wtedy będą wracać na stadion. Ja mam jeszcze dwa inne konkretne obrazki z tego meczu w Poznaniu w głowie: piętkę Jimeneza oraz powrót po kontrze Przemka Wiśniewskiego kiedy Tiba z Makuszewskim szybko wychodzili, a Przemek pędził od szesnastki do szesnastki i zdążył [to był dziewiętnasty pod względem prędkości sprint w tym sezonie w ekstraklasie – 34,4 km na godz. - przyp.aut.]. Jakiś zwód, uderzenie, sprint... Za to kochamy futbol – stwierdził Brosz.

Czyli zgadzamy się. Wszyscy kochamy piłkę za to samo. Za piękno.

PS Oczywiście kochamy ją też za emocje, ale to inna, mniej estetyczna bajka.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.