Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Piast Gliwice zagra w sobotę najważniejszy mecz od 15 maja 2010 roku. Trzeba zrobić wszystko, żeby po ośmiu latach historia nie zatoczyła koła.

Spadki zawsze są katastrofą. Dla klubu piłkarskiego spadek z ekstraklasy przynosi opłakane skutki. Rozpada się klubowy budżet, kibice często stają się zobojętniali, a co lepsi piłkarze – jeśli tylko mogą – zaczynają uciekać z klubu z prędkością błyskawicy.

Sytuacja jest klarowna i nawet niektórzy piłkarze Piasta cieszą się, że aż tak: jeżeli Gliwice wygrają, utrzyma się w ekstraklasie. Każde inne rozwiązanie niesie rozpacz.

Czas na hałas

Zastanawiam się, co czuje piłkarz, grając taki mecz. Wyobrażam sobie, że gdybym to ja miał wybiec w sobotę na murawę przy Okrzei, to byłbym cholernie spięty, ale jednocześnie nastawiony na walkę. Jak mawia się w mojej ukochanej okręgówce: „piłka może przejść, ale przeciwnik za nic”. Tak właśnie bym zagrał. Do bólu i dobrze, żeby przy każdym kontakcie ze mną czuł go przeciwnik.

Bardzo daleko mi do umiejętności, jakie posiadają zawodowi przecież piłkarze Piasta. Oni czują to więc pewnie inaczej. Nie mogą przeholować z determinacją i ambicją, bo wyjdzie... kicha. Muszą znaleźć złoty środek, który połączy motywację z piłkarską jakością. Wiecie – chodzi mi o to, żeby z tej całej walki i bitewnego nastawienia nie zapomnieć, że mecz wygrywa się przede wszystkim dobrym i skutecznym kopaniem piłki.

Zastanawiam się też, co bym zrobił, gdybym był kibicem Piasta. Wiem! Miałem okazję być ostatnio na meczu w Warszawie i starałbym się o atmosferę podobną do tej, którą stworzyli kibice Legii Warszawa podczas meczu z Górnikiem Zabrze.

Fani Legii rozpalili przy Łazienkowskiej taki kocioł i – uwielbiam to określenie – piekiełko, że Damian Kądzior przy wykonywaniu rożnego aż się poślizgnął z wrażenia. Górnicy, gdy tylko dochodzili do piłki, dostawali z trybun potężną porcję dezaprobaty. To nigdy nie pomaga.

Myślę, że tak samo powinni zachować się kibice Piasta. Zróbcie taki hałas, że piłkarzom z Niecieczy będzie trudniej grać w piłkę. Pokażcie waszą siłę i pokażcie, że stadion przy Okrzei potrafi być bardziej pomocny dla swoich piłkarzy, kiedy nie ma na nim kiboli. W Polsce przestaną się wtedy śmiać z „kibiców pikników”, którzy wreszcie pokażą pazury.

Analogia do Polska – Peru

Zastanawiam się, co bym zrobił, gdybym był Waldemarem Fornalikiem. Trzeba pamiętać, że szkoleniowiec ma do dyspozycji bardzo doświadczony zespół. Ci ludzie jako piłkarze wiele przeżyli. Przy takim zespole wejść do szatni i zacząć krzyczeć, przeklinać, ostro przypominać, o co gramy? Raczej nie. Mogliby spalić się już w tunelu, przed meczem. Nie ma pewnie co kombinować. przypuszczam, że Waldemar Fornalik poda skład i wyśle piłkarzy na mecz. Bez filozofii. Przygotowanie taktyczne robi się w tygodniu poprzedzającym mecz, analizę gry rywala również. W szatni jest świadomość, co jest grane. Nikomu nie trzeba będzie o tym przypominać.

Co by zrobił w takiej sytuacji, doskonale wie Antoni Piechniczek. – Każdy z trenerów zna swój zespół najlepiej i w zależności od swojego doświadczenia potrafi lepiej lub gorzej dobrać taktykę i nastawić mentalnie zespół.

Waldek Fornalik to bardzo doświadczony trener, który w takich stresowych sytuacjach znajdował się wielokrotnie. Dlatego życząc mu i Piastowi jak najlepiej, jestem pewien, że da sobie radę – mówi nam legendarny selekcjoner reprezentacji Polski.

– Kiedy myślę o tym, w jakiej Waldek znajduje się teraz sytuacji, przypomina mi się przerwa meczu Polska – Peru [do przerwy był bezbramkowy remis, który nie dawał Polakom awansu do kolejnej fazy turnieju, a po przerwie Polacy strzelili pięć goli i przeszli dalej – przyp. red]. Stanąłem wtedy w szatni i powiedziałem: „mamy 45 minut i to jest decydujący czas dla was i dla mnie. Jeżeli przegramy, wielu z was może już nie dostać szansy w kadrze, a i ja stracę posadę”. To zadziałało, wyszliśmy bardzo mocno nastawieni na walkę i zwycięstwo. Udało się – wspomina Piechniczek.

Mądra walka

Można na ten mecz patrzeć z różnych perspektyw. Co bym zrobił, gdybym był spikerem Piasta Gliwice? Dokładnie to, co... zrobi spiker Piasta Gliwice w sobotę. Można lubić bądź nie sposób prowadzenia meczu przez Andrzeja Sługockiego, ale moim zdaniem to profesjonalista, który kocha Piasta ponad życie. Jego rola jest o tyle ważna, że w Gliwicach po wybrykach podczas meczu z Górnikiem Zabrze nie funkcjonuje już „młyn” czy „kocioł”, zwał go jak zwał. – Spiker ma ograniczone pole manewru, ale przed pierwszym gwizdkiem sędziego na pewno będziemy próbować rozgrzać kibiców do dopingu – mówi Sługocki.

Zarówno on, jak i kibice Piasta pamiętają, jak to było osiem lat temu. – Do końca życia zapamiętam 15 maja 2010 roku. Dzień, w którym Piast po raz pierwszy i – mam nadzieję – ostatni, spadł z ekstraklasy. Byłem wściekły i rozżalony. Tak samo jak nasi kibice, którzy po meczu stanęli przed budynkiem klubowym i czekali, aż wyjdą do nich piłkarze, trener i ówczesne władze klubu. Liczyli, że wytłumaczą się, posypią głowy popiołem. Nie wyszli – wspomina Sługocki.

Tamten mecz w jego opinii był... dziwny. Wydaje mu się, że Cracovia jakby nie chciała zrobić Piastowi krzywdy, bo była wtedy pewna utrzymania. Tymczasem Piast stracił bramkę w doliczonym czasie gry i przegrał u siebie 0:1.

Mam nadzieję, że tym razem tak nie będzie. Piast musi wyjść jak na derby, jak toreador wychodzący na wielkiego buhaja. Pewny siebie, zdecydowany, dobrze przygotowany na mądrą walkę. Walkę o być albo nie być w ekstraklasie.

Wierzę, że da radę.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.