Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

– Wiedziałem, że muszę znaleźć sobie w życiu jakiś cel... Pomyślałem, że przecież mogę latać. Podzieliłem się tą myślą z najbliższymi. Pukali się w głowy... No to mówię córce, że jak nie to latanie, to może skrzypce. Ach, jak mnie kręci to granie na skrzypcach! „Tak tato! Weź się za te skrzypce” – zachęcała córka. No, ale wzbiłem się w powietrze i skrzypce zostały na półce – uśmiecha się Turek.

To historia jak z filmu „Najlepszy” o Jerzym Górskim – narkomanie, który postawił sobie za cel przebiegnięcie Ironmana, najtrudniejszego triathlonu na świecie, i dzięki temu uporał się z uzależnieniem.

Życie Pawła Turka też spętał nałóg. Płynął z alkoholowym ściekiem przez wiele lat. – Dwa lata to było takie intensywne picie. Dzień w dzień – wspomina.

Odleciały tylko marzenia

Spotykamy się w „magicznym miejscu”, bo tak mówią o tej łące na obrzeżach Jaworzna paralotniarze. Słychać warkot silników, które uniosą skrzydła motoparalotniarzy w powietrze.

– Gdy byłem dzieckiem to marzyłem o lataniu. To jednak udawało się tylko we snach. Człowiek dorastał i życie wypełniała szara codzienność. Odleciały..., ale tylko marzenia – wspomina Turek, który dziś jest spawaczem i ślusarzem w jaworznickiej kopalni Sobieski.

– I tak zostałbym z tym palnikiem w ręku, gdyby pewnego razu nad moim dachem nie pojawił się latający człowiek – mówi. Tym lotnikiem był Andrzej Gontarz – paralotniarz i fotograf z Jaworzna.

– Patrzyłem na niego i czułem, że na nowo budzi się we mnie dziecięce marzenie o lataniu. Że ta iskierka wciąż grzeje... Podszedłem do niego. Zasypałem masą pytań. Powiedział co i jak. Jaki kurs muszę na początek skończyć, gdzie postarać się o sprzęt. Już wiedziałem, że nic mnie nie zatrzyma – mówi.

Paweł Turek, motoparalotniarz z JaworznaPaweł Turek, motoparalotniarz z Jaworzna arch.rodzinne

Turek nie pił już wtedy od kilku lat, ale wciąż czuł w sercu ten niepokój, który przypomina, że nałóg może znowu o sobie dać znać. – Alkoholik musi walczyć z pokusą każdego dnia. A łatwiej się walczy, gdy ma się w życiu cel, marzenia... Ja pierwszy raz ocknąłem się z powodu choroby żony. Najpierw stwardnienie rozsiane, potem nowotwór. Pomyślałem, że to musi być jakiś znak z góry. Że muszę się opamiętać... Na dobre zapomniałem jednak o piciu dopiero, gdy uniosło mnie skrzydło. To jest mój żywioł. Moja wolność. Najpierw są przygotowania, wyciszenie, a potem człowiek startuje. Czuje szum powietrza. Czuje wiatr na twarzy. Jestem wtedy wolny! To jest mój cel. Wciąż rozmawiam się z moją terapeutką, która pomogła mi wyjść z alkoholizmu. Podczas spotkań z osobami uzależnionymi opowiada o tym jak udało mi się wyjść z nałogu i spełnić marzenia. Co mam jej powiedzieć... Dziękuję za każde dobre słowo. Takich jak ja jest jednak znacznie więcej. Biegają maratony, jeżdżą na rowerach po całej Europie – opowiada.

Szczęście można znaleźć na łące

Pawła Turka poznaliśmy dzięki Michałowi Radce, motoparalotniarzowi z Dąbrowy Górniczej, który zasłynął ostatnio lotem wewnątrz Stadionu Śląskiego.

– Paweł to niezwykle skromny człowiek. Miał marzenie i wzbił się nad ziemię. To dobry przykład na to, że latać może niemal każdy – mówi Radka, który martwi się tym, że Turka nie stać na nowe skrzydło. – Stare to był straszny hebel. Właśnie wróciło z kontroli u producenta i okazało się, że karta przeglądu ma wbite pieczątki z trupimi czaszkami. Na tym nie da się latać. Linki za słabe. Materiał przepuszcza powietrze... Latanie na czymś takim, to proszenie się o tragedię – mówi.

Turek latał dotąd na dwóch skrzydłach. Oba były bardzo mocno zużyte. Takie skrzydło można kupić za około 2 tysięcy złotych. Nowe, to wydatek nawet 11 tysięcy złotych. Widok uziemionego Pawła, snującego się po lotnisku, to bardzo przykry obrazek.

– Czułem, że z tym ostatnim skrzydłem jest coś nie tak. Nie unosiło mnie tak pewnie i szybko, jak wcześniej. Linki niby trzymały, ale po kontroli dowiedziałem się, że jak dostanę bombę – czyli mocny strzał powietrza – to mogę spaść na ziemię – wzdycha Turek, który teraz lata na skrzydle pożyczonym od kolegów.

– Paralotniarze to świetni ludzi. Przyjaźni, pozytywnie nastawieni do życia. No i najważniejsze, że pomocni. Tak po ludzku i bezinteresownie. Mam koło domu taką polanę. To raptem 150 metrów od miejsca, gdzie mieszkam. Gdy dobrze powieje to i stamtąd da się wystartować. Polecieć wysoko, wysoko... Gdy piłem, to życie wydawało mi się takie nudne. Do bani. Dziś wiem, że świat jest piękny, a szczęście można znaleźć na łące... – kończy.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.