Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

– Innej daty nie pamiętam, a przecież liga startowała dopiero w marcu i to nie na początku. Jeżeli czegoś dziś piłkarzom zazdroszczę, to właśnie tego, że grają o wiele dłużej i na zdecydowanie lepszych boiskach. Inny świat – wspomina Stanisław Oślizło, legenda zabrzańskiego klubu.

Na początku przygotowań piłkarze głównie biegali. – Po odśnieżonej bieżni, a najczęściej po lesie w Makoszowach. To była norma. Kiedy powstała hala lekkoatletyczna, zaczęliśmy trenować także w niej.

Na czele stawki zawsze był Jasiu Kowalski, a potem razem z nim Alfred Olek. Ci to mieli zdrowie… Często zespół ich „hamował”, bo nie był w stanie wytrzymać tempa. Sam byłem w tym gronie. Na końcu biegli często Olszówka, Kuchta, potem Jurek Gorgoń, co też wynikało z ich warunków fizycznych. Tak potężnym facetom nie biegało się łatwo po kostki, a czasami po kolana, w śniegu. Ernest Pohl też nie bardzo lubił się zmęczyć na zimowym treningu – dodaje. 

ARCHIWUM STANISŁAWA OŚLIZŁO

– Po bieganiu trenerzy rzucali na bocznym boisku piłki i graliśmy mecze. Kawalerowie na żonatych lub w nieco innej konfiguracji. Najlepiej jak było do 10 cm lekko ubitego śniegu. Fajna zabawa. Wracając do domu, musiałem trzymać się poręczy, bo nie byłem w stanie wejść po schodach. Nie przesadzam. Dopiero w drugim-trzecim tygodniu organizm się przyzwyczajał – opowiada Oślizło.

Za długa ta przerwa

Drugim etapem przygotowań do sezonu był dwutygodniowy obóz w górach. – Treningi w Zabrzu to był wstęp do tego, co działo się tam. Śniegu mnóstwo, boisk w zasadzie żadnych, więc byliśmy skazani na ciężki trening. Czasami wyszło się pograć w piłkę w jakiejś hali gimnastycznej, czasami na śniegu. Jeździliśmy przede wszystkim do górniczego ośrodka „Zagroń” w Szczyrku. Styczeń to był najtrudniejszy miesiąc w roku. Zmieniło się to pod koniec lat 60. Byliśmy już uznaną firmą w Europie, więc zaczęliśmy regularnie latać na tournée po Ameryce. Nawet w pierwszej połowie stycznia – mówi były reprezentant Polski, który uważa, że w jego czasach zimowa przerwa trwała zdecydowanie za długo.

– Myśmy i tak byli w lepszej sytuacji niż cała liga. Jeszcze Legia gdzieś pojechała, inni raczej spędzali zimę w Polsce. Nas w grudniu zapraszali na mecze do Anglii i Szkocji, potem do wspomnianej Ameryki i Gruzji. Dobrzy rywale, sporo grania, porządne boiska, inni tego nie mieli. Ale nie zmienia to faktu, że meczów o punkty nie graliśmy czasami 100 dni i dłużej. Dziś? Przecież za sześć tygodni wraca ligowe granie... – kończy.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.