Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Nowy dyrektor sportowy Piasta Gliwice ma bogate doświadczenie. Zarówno jako piłkarz (w ekstraklasie grał w Ruchu. Legii i Pogoni Szczecin) jak i działacz (rzecznik prasowy i dyrektor sportowy w Legii, prezes w Wiśle Kraków, członek zarządu Ekstraklasy).

Paweł Czado: Stawia pan przed sobą w Piaście wymierne cele?

Jacek Bednarz: – Tak, chciałbym, żeby w wyniku naszej pracy udało się doprowadzić do sytuacji, kiedy Piast będzie bardzo dobrym, stabilnym sportowo przedsiębiorstwem. To w praktyce oznaczałoby, że będzie grał na tyle systematycznie i równo, by sytuacja, w której ktokolwiek mógłby zastanawiać się, czy groziłby mu spadek z ekstraklasy, nie miałaby miejsca.

Potencjał miasta i samego klubu są takie, że można tutaj – uważam – zbudować drużynę, która okresowo będzie osiągać bardzo dobre wyniki, jak choćby niedawno wicemistrzostwo.

Podstawowym moim celem jest doprowadzenie do sytuacji, w której przed rozpoczynającym się sezonem myślimy raczej o sukcesach niż martwimy się o to, że moglibyśmy mieć jakiekolwiek problemy.

Tego wicemistrzostwa zdobytego w 2016 roku nie udało się przekuć na coś bardziej trwałego.

– Nie chciałbym tego komentować inaczej niż jako ktoś, kto wtedy był człowiekiem z zewnątrz, kibicem, który się tym interesował. Moje relacje z Piastem są jednak o wiele dłuższe niż może wszystkim wiadomo. Wcześniej byłem tu jako przedstawiciel innych klubów w sprawach transferowych, widziałem, jak wiele od zeszłej dekady tu się zmieniło na dobre.

Gliwice to miasto, które w regionie są symbolem czegoś absolutnie pozytywnego pod względem zarządzania, sposobu w jaki się rozwija, czego niestety nie o każdym mieście na Górnym Śląsku można powiedzieć. Uważam, że Gliwice, zaraz po Katowicach, są miastem, przed którym w regionie jest najlepsza przyszłość. W pewnym momencie podjęto właściwie decyzje, zatrudniono właściwych ludzi, którzy – jak to się po piłkarsku mówi – „poczuli krew”. Tamta grupa była skuteczna, zdyscyplinowana, mająca determinację, żeby osiągnąć sukces. I on przyszedł.

Ale często taki gwałtowny skok w jakości nie wynika z tego, że istnieją bardzo solidne podstawy, właściwe fundamenty, na podstawie których budujemy coś trwałego i nie zaskoczą nas jedno czy dwa niepowodzenia.

Często jest to splot decyzji, które „wypalają” i mamy wahnięcie w górę. Ale później odchodzą ludzie i nagle okazuje się, że jest deficyt. W branży futbolowej – zresztą w każdej, ale w tej szczególnie – w dłuższej perspektywie każdy jest do zastąpienia. Ale w krótkiej perspektywie czasem bywa tak, że nie ma ludzi gotowych, żeby lukę wypełnić. Dlatego tak bardzo trudno jest, uważam, piłkarzami zarządzać i podejmować właściwe decyzje.

To co chcielibyśmy zmienić, to doprowadzić do sytuacji, w której jeśli Piast będzie jeszcze walczył o mistrzostwo – a bardzo bym tego chciał – żeby był przygotowany na to, że jeśli tego tytułu się nie zdobędzie, to nie będzie oznaczać odpływu ludzi i jakiegoś gwałtownego spadku jakości.

Żeby tak było, oprócz uratowania ekstraklasowego bytu Piasta w tym sezonie musimy pomyśleć o tym, jak zbudować te fundamenty. One powstaną, jeśli do tego bardzo dobrego, skrojonego na miarę stadionu dołożymy odpowiednią infrastrukturę treningową dla pierwszej drużyny, ale i dla akademii, która musi tu powstać. Miasto o tak dużym potencjale rozwojowym musi moim zdaniem wymagać od swojej drużyny, żeby zrobiła coś dla środowiska w wymiarze społecznym. Klub musi być wizytówką tego, co Gliwice dla swoich mieszkańców obecnie robią. Dają możliwości, dają pracę i perspektywy dobrego życia. My chcemy doprowadzić do tego, żeby w Gliwicach powstał ośrodek, w którym będziemy szkolić młodych piłkarzy z miasta, ale i z całego regionu. Po to żeby zdrowo żyli, żeby lubili i rozumieli piłkę nożną, żeby oni i ich rodziny chętnie przychodzili na stadion kibicować Piastowi albo przynajmniej zobaczyć, jak będzie wyglądała konfrontacja z innymi zespołami. Żeby klub kojarzył się z miejscem, które jest moje, gdzie się dobrze czuję, gdzie jestem u siebie.

Jak to się stało, że został pan dyrektorem sportowym Piasta?

– Dwie rzeczy musiały się wydarzyć i się wydarzyły. Po pierwsze: zostałem odwołany z zarządu Ekstraklasy. Po drugie: otrzymałem propozycję z Piasta. Tak się komfortowo dla mnie złożyło, że pomysł, abym podjął pracę w Gliwicach, nie pojawił się wcale w momencie, kiedy mnie odwołano z ekstraklasy. Wyglądało na to, że mogłem trafić do Piasta trochę wcześniej – zarówno ówczesne władze klubu, jak i ja byliśmy tym zainteresowani. Jestem tutaj dlatego, że będę mógł wykonywać pracę, którą lubię i którą znam. Będę pracował z ludźmi, w których potencjał wierzę i których kwalifikacje oceniam wysoko – mam na myśli prezesa zarządu jak i sztab szkoleniowy, w szczególności trenera Waldemara Fornalika i jego asystentów. Uważam, że ta drużyna personalnie jest bardzo interesująca. Można z nią osiągnąć znacznie więcej, niż wskazywałyby na to obecne wyniki.

MICHAŁ ŁEPECKI

Były inne propozycje pracy?

– Kiedy jeszcze pracowałem w Ekstraklasie, miałem takie, jednak to czym się zajmowałem, wymagało dokończenia projektów, które realizowałem.

Niedługo będą za nami wszystkie mecze rundy jesiennej. Czy pan już myśli, co tu w Piaście zmienić, żeby było lepiej? A może to za wcześnie?

– Na razie będę się wszystkiemu bardzo uważnie przyglądał a także słuchał trenera i jego sztabu, oczywiście jeśli mówimy o pierwszym zespole. Mój przedmiot zainteresowania to jednak nie tylko pierwsza drużyna, ale i pozostałe struktury sportowe klubu, które będę chciał dobrze poznać, żeby podejmować dobre decyzję. Oczywiście dla klubu ekstraklasowego najważniejszym biznesem jest pierwsza drużyna i to jak gra, dlatego w najbliższym czasie na niej będzie skupiała się moja uwaga. Na początku będzie głównie obserwacja i analiza. Będę słuchał, co ma do powiedzenia trener. To podstawa do tego, żeby w przyszłości podejmować dobre decyzje, także personalne.

Znajomość z trenerem Waldemarem Fornalikiem to duży plus?

– Dla mnie tak. Trener pierwszej drużyny i dyrektor sportowy mają czasami specyficzne relacje. Mają czasem kłopot, który nazwałbym problemem wchodzenia sobie do ogródka. Źródłem kluczowych decyzji, które często oznaczają lepsze lub gorsze funkcjonowanie klubu, jest trener. Z punktu widzenia kibiców jest najważniejszą osobą, ten, który decyduje o tym, czy drużyna wygrywa, czy nie. Jeśli wygrywa – wszyscy mówią, że jest OK. Jeśli nie wygrywa, zaczyna się polowanie na czarownice i szukanie winnego. Budowanie właściwych relacji między trenerem i dyrektorem sportowym jest bardzo ważne. Podkreślam, że sam nie mam żadnych ambicji być „nadtrenerem”. Sam kiedyś byłem trenowany, później zarządzałem trenerami. Rozumiem swoją rolę tak, że muszę zrobić wszystko, żeby komfort pracy trenera i podległych mu ludzi był optymalny. Wszystko co się tutaj będzie działo, będzie także moim sukcesem albo moją porażką.

Względem mnie wymagam od trenera tylko tego, żeby nie próbował wchodzić w moje kompetencje. Do moich kompetencji jako dyrektora sportowego należą wszystkie kompetencje organizacyjne, prawne, związane z tym, jak ma funkcjonować drużyna.

Znamy się z trenerem Fornalikiem bardzo długo. Cztery lata byliśmy kolegami z jednej szatni [w Ruchu Chorzów, przyp.red.], przez chwilę był również moim trenerem. Od momentu kiedy pierwszy raz go spotkałem w 1990 roku, nasze relacje ewoluowały. Dalej się przyjaźnimy. Nie we wszystkim się zgadzamy, ale w wielu sprawach tak. O wielu problemach myślimy bardzo podobnie, czasami wręcz identycznie. To platforma, na której na pewno zbudujemy obecną współpracę.

Wyznaczanie ogródków z trenerem Fornalikiem było więc w ogóle konieczne? Mieliście taką rozmowę?

– Nie. Po wspólnej pracy w arcytrudnych warunkach, jakie mieliśmy w Chorzowie, wręcz na polu walki, gdzie trzeba było ratować drużynę przy bardzo ograniczonym budżecie, można było albo zginąć, albo wrócić z bardzo ciekawymi doświadczeniami. Nas to połączyło. Trudności nas nie przerażają, umiemy współpracować. Wzajemnie się wspieramy. Jeśli mamy do przeprowadzenia trudne rozmowy obojętnie w jakim temacie – nie ma z tym problemu. Robimy to, co postanowimy wspólnie.

To czego tutaj, na Śląsku, się nauczyłem – tu się przecież urodziłem i wychowałem – przekonuje mnie, że pracę i cierpliwość warto doceniać, choć są mało medialne.

W Gliwicach wiele wskazuje na to, że może się udać zbudować coś trwałego. Są ku temu dobre warunki. Wierzę, że da się zbudować podwaliny klubu, który będzie w stanie dobrze funkcjonować i przynajmniej w części produkować swój własny personel. Wierzę, że będzie kojarzył się z czymś dobrym, prawdziwym, uczciwym, z czymś co tutaj na Śląsku jest ważne.

Najwcześniejsze wspomnienie związane z Piastem?

– Kiedy byłem jeszcze zawodnikiem AKS-u Chorzów, dostawaliśmy baty od Piasta na boisku Carbo Gliwice. Za każdym razem Piast był drużyną lepszą od AKS-u. Zawsze trzeba było zostawić dużo zdrowia na boisku, żeby to jakoś z naszej strony wyglądało. Pamiętam, że kiedy byłem 17-latkiem, który jeszcze bał się grać z seniorami, graliśmy kiedyś zimowy sparing z Piastem, który był o klasę rozgrywkową wyżej. Wydawało mi się wtedy, że to są jacyś kosmiczni piłkarze, przez piętnaście minut nawet nie powąchałem piłki, to było bolesne, ale sporo nauczyło. Potem kiedy byłem już zawodowym piłkarzem, nie przypominam sobie rywalizacji z Piastem.

Fot. WOJCIECH SURDZIEL/Agencja Wyborcza.pl

Po latach, kiedy podjąłem pracę w Wiśle Kraków, na Piaście regularnie bywałem, bo interesowało mnie kilku piłkarzy, znałem też ówczesnego prezesa Józefa Drabickiego, pokazywał mi plany dotyczące nowego stadionu, który wtedy był jeszcze marzeniem.

Myśli pan, że w tym sezonie uda się jeszcze powalczyć o coś więcej niż tylko o utrzymanie?

– To jest dobre pytanie, tylko trudno na nie obiektywnie odpowiedzieć. Serce by chciało, to by wiele ułatwiło. To jest dobra drużyna po przejściach. Uważam, że w ostatnim czasie udało się zrobić wiele dobrego, sporo poprawić w jej funkcjonowaniu.

Widać, że drużyna, walcząc z determinacją o każdy punkt, jest przygotowana na to, że to będzie trudny sezon i trzeba będzie na boisku zostawić wątrobę, żeby coś ugrać. Bardzo dobry sygnał, że Piast się nie poddaje, nawet kiedy nie sprzyjają mu okoliczności i walczy do końca.

Remis po momentami bardzo dobrej grze w Lubinie to moim zdaniem sygnał, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Ale nawet jeśli uda się teraz parę meczów wygrać i stworzyć dystans do miejsc zagrożonych spadkiem, to wiosną walką o pierwszą ósemkę i tak będzie potwornie trudna i trzeba będzie być bardzo dobrze przygotowanym i skoncentrowanym. Wygląda na to, że walka o to, kto znajdzie się w ósemce, może rozstrzygnąć się w ostatniej kolejce.

Czy ESA-37 to pana zdaniem dobry pomysł?

– Uważam, że w naszych warunkach tak. Tę opinię buduję na następującej tezie: jeśli chcemy mieć stały progres i podnosić jakość widowiska, infrastrukturę, to co możemy zaproponować kibicowi, to jak ma wyglądać produkcja meczów w telewizji – to musi być biznes.

Jeśli zachwycamy się Ligą Mistrzów albo rozgrywkami Wielkiej Piątki, to musimy pamiętać, że o tym decyduje właśnie biznes. Jeśli dziś postanowimy sprowadzić problem naszej ligowej piłki wyłącznie do jakości gry, to wystarczyłoby nam osiem zespołów i czternaście kolejek w sezonie. Wtedy mielibyśmy dużo czasu, żeby odpoczywać i dużo czasu, żeby się przygotować, żeby rozegrać te mecze. Tylko że wtedy to nie będzie biznes. Ile musiałby kosztować bilet? Ile trzeba by żądać pieniędzy od telewizji? Teraz ma dużo produktu i kontentu, który może sprzedać. Skoro chcemy dla ekstraklasy więcej pieniędzy, musimy robić wszystko, żeby we wszystkich parametrach była biznesem. Chodzi o to, żeby się rozwijać, a nie wracać do tego, co było.

ESA-37 z podziałem punktów to jest potwornie zacięta rywalizacja. Dla niektórych niesprawiedliwa, bo odbiera się im to, co już zdobyli. Ale dzięki temu przez cały sezon mamy sytuację, że każdy mecz jest o coś. Nie ma zmory, którą jako piłkarz pamiętam z lat 90. Grałem w lidze czternastozespołowej, szesnastozespołowej, osiemnastozespołowej. I tak były bardzo długie przerwy między rundami. Zawodowcy na najwyższym poziomie grają jeszcze więcej meczów niż polscy ligowcy, mimo że tych kolejek jest obecnie 37.

Według mnie nie jest problemem, że dziś mamy mało czasu na odpoczynek i przygotowania. Ale sam byłem trenowany i wiem, że długi urlop powoduje, że trzeba wydłużyć okres przygotowań przynajmniej o dwa tygodnie. Biegało się w hali, trenowało w śniegu, a to nie stymulowało rozwoju, nie poprawiało techniki, nie uczyło zachowań meczowych. To była tylko próba przetrwania w trudnych warunkach. Pamiętam, że nieraz z kolegami wręcz się modliliśmy, żeby przyszedł marzec i boiska się zazieleniły, bo trener już nie wiedział, co z nami robić... Biegaliśmy jakieś interwały, podnosiliśmy jakieś ciężary i z tego niewiele wynikało.

Dziś chwalimy się, słusznie, reprezentacją i coraz fajniejszą ligę. Ale przypominam – trochę ponad dekadę temu wstydziliśmy się potwornej korupcji. ESA-37 całkowicie ją moim zdaniem uniemożliwia. Nie spodziewam się, żeby pojawił się jakiś nowy fryzjer, ale dostawałem sygnały, że daleko na Wschodzie są kapitały, które próbują penetrować w ten niedozwolony sposób wszystkie ligi, nie tylko naszą. To jest ryzyko, które cały czas powinniśmy brać pod uwagę.

ESA-37 z podziałem punktów jest dla pana lepszym rozwiązaniem niż ESA-37 bez podziału punktów?

– Nie wiem. Wydawało mi się po analizie z podziałem, że runda mistrzowska zawsze rysowała się bardzo interesująco. Jako zawodowiec zawsze grasz do końca, nigdy nie odpuszczasz, nie oglądasz się na nic, nie patrzysz na to, czy zyskujesz komfort, że nie spadniesz.

Podział punktów powodował, że stawka była i rywalizacja trwała do końca. Być może bez podziału punktów też to będzie funkcjonowało.

Żeby było jasne: nie uważam, że ESA-37 z podziałem punktów to rozwiązanie idealne, ale w naszych warunkach i – przede wszystkim – przy naszej mentalności jest stymulujące. A my potrzebujemy być stymulowani.

rozmawiał i notował: Paweł Czado

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.