Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Być może tych dni jest jeszcze całkiem dużo, ale kiedyś – jestem o tym przekonany – miarka się przebierze. Kiedyś VAR skrzywdzi wszystkich.

Okazuje się, że (nie)używanie VAR spokojnie można uznać bowiem za nową metodę wpływania na wyniki meczów piłkarskich. Żeby było jasne – nie twierdzę, że wpływa się intencjonalnie. Twierdzę jedynie, że już sama możliwość wpływania dyskwalifikuje to przedsięwzięcie. VAR podobno ma wyeliminować narzekania na sędziów, że wypaczyli wynik. Ha, ha!

Dlaczego VAR to bzdura?

Po pierwsze dlatego, że technologię można stosować jedynie w określonych sytuacjach. Moim zdaniem to krzywdzące, że można VAR wykorzystywać jedynie przy konkretnych okolicznościach: przy zdobytej bramce, czerwonej kartce, rzucie karnym i pomyleniu piłkarza. Naprawdę trzeba być naiwnym żeby sądzić, że w przeszłości kupowanie sędziów polegało na zapewnieniu sobie rzutu karnego w ostatniej minucie. Czasem wystarczyło, żeby nie gwizdał fauli pod polem karnym przez całą drugą połowę. I już! Selektywność jest krzywdząca. Jedynie wyeliminowanie tą drogą wszystkich błędów ma rzeczywisty sens. Brak eliminacji wszystkich nieprawidłowych zdarzeń mogących wpłynąć na końcowy rezultat, to prosta droga do nadużyć i właśnie – przykro to pisać – świetna możliwość wpływania na końcowy rezultat.

Po drugie – dlatego, że w tym samym meczu większy wpływ na wynik może mieć nieużycie VAR niż jego użycie. Brzmi dziwacznie? Prawda jest brutalna, bo w tym najwspanialszym ze sportów, niezmiennie, jest niestety ogromne pole do manipulacji. Decydowanie w pewnych momentach za pomocą VAR przy jednoczesnym niedecydowaniu w innych momentach, moim zdaniem jeszcze zwiększa to pole.

W ostatnich meczach Górnika i Piasta sędzia zastosował VAR i odkrył, że padła bramka, której nie zauważył albo dyktował słusznego karnego, po którym padała bramka. Brawo. Ale szkoda, że nie zastosował również VAR w innych momentach, gdy powinien być karny dla Piasta albo Górnika. Jak to określił jeden ze zdegustowanych kibiców - „nawet z wideoweryfikacją można robić wałki”.

Jedynie możliwość skorzystania z VAR w każdej sekundzie meczu i z każdego powodu ulepsza mecz. Selektywne korzystanie, jedynie go pogarsza. Z kolei branie VAR pod uwagę w każdej sekundzie jest nierealne ze względów praktycznych. Nikt nie chce meczu, którego dwie połowy trwają łącznie na przykład 140 minut. Dlatego tę technologię czeka wystrzał w kosmos.

Po trzecie – samo użycie VAR w konkretnym momencie meczu, nawet jeśli nie zmienia decyzji sędziego, może mieć poważny wpływ na wynik. Przykład? Proszę bardzo. Przypuśćmy, że drużyna gra na zabieganie przeciwnika. Ten ledwo zipie, zaraz będzie moment krytyczny. I wtedy właśnie pojawia się VAR. Dwie, trzy minuty, które dają odpocząć słabszemu. Rywale dochodzą do siebie i znowu dają radę... Nierealne? Na pewno?

Łatwo dać się omamić. VAR jest jak mandragora. Erynie o zwiędłych piersiach i rozwidlonych językach stają się oszałamiającymi, hożymi, strzelistymi dziewojami o oczach pełnych zachęty, w których ogromie przegląda się niebo. Nie dajcie się zwieść futbolowej modzie na nowe technologie!

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.