Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Nastolatek Patryk Dziczek przebojem wdarł się do podstawowego składu Piasta Gliwice. Zaskakuje, że akurat na pozycję, na której zazwyczaj potrzeba przede wszystkim doświadczenia.

Paweł Czado: Oglądam ligę na własne oczy od ponad trzydziestu lat, ale nie przypominam sobie podobnego przypadku jak pański. Utalentowany dziewiętnastolatek, którzy przeżył jedyne w swoim rodzaju rozczarowanie, które jest raczej udziałem piłkarzy trochę starszych. Nie udał się panu ligowy debiut w wieku 17 lat, mocno pan to przeżył. Ale „co nas nie zabije, to nas wzmocni”, prawda?

Patryk Dziczek, pomocnik Piasta Gliwice: Tak, tamten debiut rzeczywiście był nieudany [przeciw Cracovii w ostatniej, 37. kolejce sezonu 2014/15 - przyp. red.]. Koledzy mówili mi wcześniej, żebym spokojnie pierwsze podanie zagrał w tył lub dokładne. W mojej sytuacji było tak, że to podanie było niedokładne i byłem jeszcze bardziej zdenerwowany. Chciałem pokazać się z jak najlepszej strony, ale ten mecz mi nie wyszedł. W przerwie zostałem zmieniony przez trenera Radoslava Latala, przeżyłem to. Co prawda nie przegraliśmy 0:1 [po przerwie goście strzelili jeszcze dwa gole – przyp. red.], ale co to za pociecha...

Ale w głowie zostało wrażenie, że „ta porażka jest przeze mnie”?

– Nie. Potraktowałem ten mecz jako kopniak. Że dalej trzeba pracować ciężko i... wrócić do pierwszej drużyny, bo zostałem cofnięty do juniorów. W dodatku doznałem kontuzji kolana i musiałem ją wyleczyć. Rozpocząłem pracę z trenerem mentalnym i uważam, że mi to bardzo pomogło. Poukładał mi w głowie, pokazał mi, jakie mam mieć podejście do pracy, i wytłumaczył, że nie mogę się załamywać. Zastanawiałem się, czy przejść operację, ostatecznie zdecydowałem, że nie. Mocno pracowałem z fizjoterapeutą, okazało się to dobrym wyborem. Daliśmy sobie miesiąc na rehabilitację i mogłem wrócić. Wróciłem do gry po trzech miesiącach, przy innej opcji przerwa mogła potrwać nawet pół roku.

Postawiłem sobie cel: wrócić do pierwszej drużyny i grać w niej regularnie. Byłem uparty.

Trenowałem ciężko i codziennie wzmacniałem się fizycznie, bo przekonałem się, że jako 17-latka było mnie bardzo łatwo na boisku przepchnąć. Chodziło o to żeby seniorzy nie mieli tak łatwo.

Czy jestem doświadczony? Cały czas się uczę i ciągle słucham starszych kolegów i trenerów, którzy mi podpowiadają. Staram się wyciągać wnioski i wykorzystywać rady w kolejnych meczach.

A z trenerem Latalem rozmawiał pan potem o meczu z Cracovią? Co zdecydowało, że pana ściągnął?

– Nie było takiej rozmowy.

Przed obecnym sezonem miał pan na koncie trzy mecze w ekstraklasie [pierwsze spotkanie w ekstraklasie od pierwszej do ostatniej minuty Patryk Dziczek rozegrał w ostatnim meczu zeszłego sezonu, znowu z Cracovią, tym razem Piast wygrał 1:0 - przyp. red.]. Tymczasem kiedy ten się zaczął, stał się pan od razu podstawowym zawodnikiem i coraz ważniejszym piłkarzem tej drużyny. To zaskoczenie?

– W jakiś sposób na pewno. Przypuszczam, że wywalczyłem sobie miejsce na przedsezonowym obozie. Udało mi się, dostawałem od trenera Dariusza Wdowczyka dużo szans w sparingach. Pokazywałem się w nich z dobrej strony więc trener nie bał się na mnie postawić.

Dużo rozmawia pan z trenerem?

– Kiedy popełnię jakiś błąd, zawsze trener podejdzie i podpowie mi, jak mam się zachować i co mogę zrobić lepiej. To dla mnie dobre podejście, mogę w ten sposób wyłapywać błędy i wiele się nauczyć. Trener jest doświadczony i nigdy nie chce dla nas źle.

Czy od dziecka grał pan jako defensywny pomocnik? Nastolatki wolą być napastnikami albo bramkarzami. Rola defensywnego pomocnika jest bardzo specyficzna.

– Kiedy jeszcze byłem mały, w drużynach młodzieżowych za trenera Witolda Czekańskiego zawsze grałem na środku pomocy. Czasami grałem na środku obrony. W reprezentacjach młodzieżowych u trenera Janasa byłem różnie ustawiany – na pozycji nr 4 albo nr 6. Wiadomo, że trzeba się uczyć przede wszystkim tego, żeby nie tracić piłek w środku pola. Zostaje tylko obrona, a kiedy jesteśmy rozstawieni szeroko, to ciężko z tego wyjść.

Piast - Śląsk 1:1Piast - Śląsk 1:1 JAN KOWALSKI


Drużyny z ekstraklasy doskonale potrafią wykorzystywać tego rodzaju błędy i głupie straty. Takie jak choćby ta, która zdarzyła mi się podczas ostatniego meczu z Legią. Krzysztof Mączyński odebrał mi piłkę i mogło się to źle skończyć. Chwała Bogu, że z tego nie padła bramka! Trener Wdowczyk właśnie na to najbardziej mnie uczula: żebym miał najmniej strat jako defensywny pomocnik. Czasem lepiej szybko wybić piłkę do przodu niż ją stracić.

Kilkadziesiąt lat temu defensywny pomocnik miał za zadanie przechwycić piłkę, ale nikt nie kazał mu rozgrywać. Wystarczyło podać do najbliższego kolegi z drużyny.

– We współczesnej piłce wymaga się więcej. Odbiór, przechwyt piłki, asekuracja bocznych stref.

Ale musi umieć zagrać też do zawodnika ustawionego dalej, do ósemki lub dziesiątki. Oczywiście – mówi się, że podanie w tył lub w bok to łatwe wybory, ale wiadomo, że gdy sytuacja jest niebezpieczna, lepiej zagrać w tył lub do najbliżej ustawionego kolegi i to jest normalne. Ale gdy tylko otwiera się miejsce – zawsze lepiej zagrać do dalej ustawionego partnera lub zrobić przerzut, wtedy otwiera się szybsza droga do bramki.

Wiadomo, że piłkarza najbardziej satysfakcjonuje zwycięstwo, ale panu jako defensywnemu napastnikowi co w trakcie meczu sprawia satysfakcję?

– Przede wszystkim przewidzenie niebezpiecznej piłki, przecięcie takiego podania, które idzie do napastnika. W takim momentach można się ucieszyć (uśmiech). Ale podbudowują też udane strzały z dystansu i dobre podania. Wtedy człowiek jeszcze bardziej się nakręca.

Dobry strzał z dystansu nie jest cechą charakterystyczną każdego defensywnego pomocnika. Pan ten strzał ma. Dużo pan trenuje ten element gry?

– Tak. Często chodzę na boisko obok mojej wioski w Bojszowie, gdzie odbywają się mecze B-klasy. Lubię sobie dodatkowo potrenować, rozgrzać się. Strzał z dystansu, cross albo zmianę strony ciągle trzeba poprawiać. Tego się trzymam.

Niektórzy piłkarze gadają na boisku, podpowiadają. Jak to wygląda w pana przypadku? Jest pan jednym z najmłodszych, trudno chyba na kolegę krzyknąć. Jest pan milczący?

– Chłopaki, które grają przede mną, zawsze mi mówią, żebym im podpowiadał. Wtedy jest łatwiej, można lepiej się ustawić. Trener też nam powtarza na treningach, że mamy do siebie mówić, krzyczeć. „Czas, plecy, przesuń do lewej, do prawej”. To ułatwia. Na boisku nie ma dystansu i wieku. Myślę, że na tym to powinno polegać.

Zdarza się, że wspólnie trenuje pan z tatą, wiem, że jego zdanie ma dla pana duże znaczenie. Ojciec gdzieś wcześniej grał w piłkę?

– Nie, wiadomo, jakie kiedyś były czasy. Nie było gdzie grać, trzeba było zarabiać... Dziś jest stolarzem.

Ale tata baaaardzo piłkę lubi. Zna się, ma pojęcie, ogląda mnóstwo meczów. Kiedy byłem mały, bardzo dużo czasu spędzaliśmy na boisku razem, ale i teraz zdarza się, że potrenujemy. Choćby przedwczoraj dodatkowo poszliśmy pożonglować, żeby ciągle mieć czucie piłki.

Tata bardzo dużo mi podpowiada. Mówi, że ciągle muszę doskonalić to, co mam jako piłkarz najlepsze, i to przyniesie efekty.

W czerwcu przedłużył pan kontrakt z Piastem do 2020 roku. Fakt, że klub chce się z panem związać na dłużej, było dla pana budujące?

– Bardzo! Ucieszyłem się z tego. Jestem wychowankiem tego klubu, gram tu od małego, chcę oddawać serce na boisku, dawać to, co mam najlepsze. Będę grał na Okrzei tyle, ile będzie trzeba. Chcę być mocnym punktem.

Czy jest jakiś piłkarz, którego gra robi na panu wrażenie?

– Jest.

To Xavi – z czasów kiedy grał w Barcelonie. On zawsze wiedział, co zrobić z piłką, zanim sam otrzymał podanie. Trener Wdowczyk powtarza mi, że moja rola polega właśnie na tym: na ciągłym rozglądaniu się, żeby wiedzieć, co zrobię za chwilę, wiedzieć, gdzie zagrać. A Xavi zawsze wiedział gdzie są jego koledzy.

Tym najbardziej mi imponuje.

Jak to panu wychodzi w Piaście?

– Czasami są jeszcze momenty, kiedy człowiek musi się szybko zastanowić, co z tą piłką zrobić (uśmiech)... Pracuję nad tym bez przerwy, powinno być coraz lepiej pod tym względem.

W tym sezonie złapał pan już trzy żółte kartki. Uważa się pan za ostro grającego piłkarza?

– Nie. Niekiedy trzeba popełnić faul taktyczny, jak choćby w meczu z Koroną, kiedy pociągnąłem rywala za koszulkę. Ale lepiej przerwać akcję w ten sposób na połowie przeciwnika, niż żeby przeciwnik wychodził potem z kontrą i żebyśmy narażali się na bramkę.

Dostał pan właśnie powołanie do reprezentacji młodzieżowej od trenera Czesława Michniewicza na najbliższy mecz z Gruzją. Zaskoczenie?

– Zaskoczenie i wyróżnienie. Każdy chciałby grać z orzełkiem na piersi. Chcę udowodnić, że jestem w dobrej formie i zasługuję na pierwszą jedenastkę.

Piast z gry wygląda nieźle, ale punktów mogłoby być więcej. Jak pan na to reaguje? Stresuje się pan?

– Były mecze, które powinniśmy wygrać, ale szwankowała skuteczność, choćby ze Śląskiem Wrocław. Ale nasza gra generalnie nie wygląda źle. Będziemy walczyć.

JAN KOWALSKI

Mówi Dariusz Wdowczyk, trener Piasta Gliwice:

Jestem bardzo zadowolony w faktu, że projekt z Patrykiem odpalił. Zdawaliśmy sobie sprawę, że może odejść Radek Murawski. Ale nawet jakby nie odszedł, to pewnie w niektórych meczach znalazłoby się miejsce dla obu.

Czym Patryk mnie ujął? Myślę, że jest to bardzo inteligentny chłopak, który potrafi dokładnie i precyzyjnie rozgrywać piłkę, kiedy jesteśmy pod presją. Potrafi również solidnie i mocno strzelić z dystansu. Powtarzam: piłkarska inteligencja jest jego mocną stroną. Życzę mu, żeby dalej tak pracował jak obecnie. Wtedy będzie to nie tylko gra w reprezentacji do lat 21, ale i coś więcej...

Patryk Dziczek

ur. 25 marca 1998 roku w Gliwicach. 181 cm/68 kg

wychowanek Piasta Gliwice. W ekstraklasie rozegrał 9 meczów, strzelił jednego gola

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.