Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Do tej pory zawsze było tak, że kiedy grała drużyna, której dobrze życzę (czyli śląskie kluby, reprezentacje Polski, Argentyny i wybrane kluby zagraniczne), do sprawy podchodziłem dość emocjonalnie. Bolały mnie porażki, błędy sędziów, słabości piłkarzy, czasem poziom gry. Ale po porażkach zazwyczaj bywałem przede wszystkim rozczarowany. Chciałem zwycięstw tu i teraz. Bo często zwycięstwa tu i teraz wiele znaczyły i w konkretnej sytuacji były ważne.

Tymczasem oglądając niedzielny mecz Górnika w Białymstoku, mimo nieszczęśliwego końca byłem całkowicie spokojny. Przyznam szczerze: w ogóle nie przejąłem się porażką Górnika. To znaczy przejąłem się o tyle, że to strata punktów. Jednak ten mecz wzbudził we mnie tylko pozytywne odczucia. Czułem się, jakbym oglądał drużynę pewną swoich umiejętności, pozwalającą uwierzyć, że jeśli coś pójdzie nie tak teraz, to i tak pójdzie za chwilę. Udało się bowiem moim zdaniem zbudować drużynę o solidnych podstawach, gwarantującą odpowiednie wyniki i kibicowską satysfakcję. Taką, o której można pomyśleć: nie teraz, to za chwilę.

Górnik nie jest jeszcze moim zdaniem tak mocny, żeby myśleć o mistrzostwie Polski w tym sezonie. Dlatego stratę punktów w Białymstoku można moim zdaniem przeboleć. Nie mam nawet zamiaru kłócić się, czy przy pierwszym karnym dla Jagiellonii Dani Suarez nie powinien dostać czerwonej kartki albo że przy drugim karnym Ledecky przepychał rywala tuż przed polem karnym. Zdarzyło się, trudno.

Ale wiecie co? Górnik to jeszcze odrobi. Bo powstała tam prawdziwa drużyna.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.