Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

– Opcje są dwie: albo miasto wybuduje wspólne dla wszystkich bielskich klubów centrum treningowe. To byłoby dla nas wszystkich najlepsze, liczymy na wsparcie prezydenta i gminy. Inaczej będziemy musieli zrobić to na własną rękę. Tak czy tak, myślimy o tym – mówi Tomasz Mikołajko, prezes Podbeskidzia Bielsko-Biała.

Paweł Przybyła: Po wygranej w Katowicach odetchnął pan z ulgą?

Tomasz Mikołajko: – Chcemy wygrywać i dawać radość kibicom. Wiem, że nasz zespół jest bardzo mocny i w meczu z każdym rywalem z tej ligi jest w stanie zgarnąć komplet punktów. Wcześniej brakowało mu tylko trochę szczęścia. Nie zabrakło go jednak w Katowicach i odnieśliśmy bardzo ważne, prestiżowe zwycięstwo. Ten wynik powinien nam dodać sporej pewności siebie.

No właśnie: dotychczas szczęście dopisywało głównie rywalom Podbeskidzia. Jednak przy Bukowej limit szczęścia, szczególnie pod bramką Rafała Leszczyńskiego, został chyba wyczerpany...

– Zagraliśmy w Katowicach bardzo wyrachowany futbol. Wiadomo było, że GKS będzie chciał prowadzić grę, ale my mieliśmy na to plan. Mądra, poukładana i przede wszystkim skuteczna gra, dała nam punkty. Wiadomo, że GieKSa miała więcej klarownych sytuacji, ale to nie jest tak, że wynik meczu nie jest sprawiedliwy.

Lubimy mecze derbowe, bo budzą większe zainteresowanie: począwszy od kibiców, przez media, na sponsorach i inwestorach kończąc. Prestiż tych spotkań determinuje wszystkich do pracy na 110 procent, mała odległość między miastami powoduje, że takie mecze zawsze są dla wszystkich związanych z piłką bardzo ciekawe. Tych spotkań nie trzeba specjalnie promować, bo marki naszych klubów są reklamą samą w sobie. Wiadomo, że po takim meczu w klubowej kasie można znaleźć trochę więcej pieniędzy.

Sprzedaliście na rundę wiosenną 3000 karnetów. To dla Pana dobry wynik?

– Zawsze chciałoby się więcej, jednak znając realia Podbeskidzia i znając liczby z poprzednich sezonów wiemy, że to rekord. Pamiętajmy, że spadliśmy z ekstraklasy i to także nie uchodzi uwadze kibiców. Euforia jest znacznie mniejsza niż była chociażby rok temu. Cieszymy się jednak, że frekwencja się zbytnio nie zmniejsza, że po słabych meczach w rundzie jesiennej kibice nas nie opuścili. Przecież na własnym stadionie jesienią wygraliśmy tylko jeden mecz, a kibice i tak kupili karnety. To pokazuje nasz spory potencjał. Zawsze pytam: co by było, gdybyśmy byli na pierwszym miejscu w tabeli, albo wcale nie spadli?

Stadion w Bielsku-Białej wreszcie funkcjonuje już w całości.

– W pełni otwarty nowy obiekt daje wiele możliwości: jest bezpieczniej, milej, lepiej widać murawę, działa strefa dziecięca czy VIP. W Katowicach słyszałem opinie na temat naszego stadionu, cieszę się, że ludzietak pochlebnie się o nim wypowiadają i chętnie do nas przyjeżdżają.

Frekwencja na meczach Podbeskidzia moim zdaniem będzie rosła, bo przed nami ważne mecze i – co dla kibiców równie ważne – będzie cieplej. Już w sobotę [Podbeskidzie zagra ze Zniczem Pruszków – przyp. red] będziemy mieli test: czy stadion rzeczywiście wypełni się kibicami.

Przejdźmy do spraw sportowych. Jest Pan dumny ze sprowadzenia Szymona Lewickiego i Roberta Gumnego? Ostatnio grają świetnie.

– A jest jeszcze Nermin Haskić! Jestem przekonany, że nasze zimowe transfery są w pełni trafione, ale poczekajmy z oceną do końca sezonu. Cieszymy się, bo poprawiliśmy jakość naszego zespołu, ale to dopiero początek pracy. Ciągle rozmawiamy z tymi piłkarzami, którzy są u nas na wypożyczeniach o tym, czy zostaną u nas na kolejny rok. Z Gumnym sytuacja jest o tyle specyficzna, że ma z nami kontrakt tylko do czerwca, ale z Lechem Poznań również rozmawiamy. Nauczeni doświadczeniem, opracowujemy równolegle plan B.

Trener Jan Kocian może czuć się bezpiecznie?

– Z każdym trenerem chcę związać się na dłużej. Miałem takie plany w przypadku Roberta Podolińskiego, Dariusza Dźwigały, a teraz Jana Kociana. Praca naszego obecnego szkoleniowca daje efekty. Widzę jego podejście, które mi się podoba, ma dużą swobodę i pewność pracy. Mam nadzieję, że w duecie on i piłkarze oraz ja, osiągniemy zamierzone cele.

Piłka uczy pokory, po każdym meczu spotykamy się z trenerami i rozmawiamy, oceniamy, krytykujemy co się komu nie udało. Ale wydaje mi się, że jesteśmy dla siebie wsparciem i tak powinno być. Wynik sportowy to składowa wielu czynników: forma zawodników, konkurencja w zespole, czasem nawet przygotowanie boiska czy warunki atmosferyczne. Najważniejsze jest to, że widzę progres w naszej grze, który, jestem pewien, przyniesie nam dobre wyniki.

Ta liga jest przedziwna, prawda? Niewiele jest rozgrywek, w których po tylu potknięciach wiele drużyn nadal ma realne szanse na awans.

– Walczymy do końca. Mamy robić swoje i wygrywać mecze. Liga jest ciekawa, a obecna sytuacja może nam tylko pomóc.

Wchodzi Pan czasem do szatni?

– Zawsze.

Co Pan tam zastaje po tych potknięciach Podbeskidzia?

– Różnie bywa, ale z reguły to jest sportowa złość. Tracimy punkty po błędach indywidualnych i to boli, ale widzę, że szatnia sobie z tym radzi. Oczywiście fajnie jest wejść do szatni po wygranej, jak teraz w Katowicach... Widać, że dobre rezultaty, jakie osiągamy wiosną budują monolit. Czas pracuje na naszą korzyść. Taktycznie i fizycznie jesteśmy bardzo dobrze przygotowani do gry.

Ostatnio Jan Kocian i Janusz Paterman, prezes Ruchu Chorzów, gościli w TVP Katowice. Kiedy Paterman mówił o olbrzymich długach Ruchu, trener Kocian mógł się tylko uśmiechnąć i powiedzieć, że dla niego największym problemem w Podbeskidziu są boiska treningowe. Co robicie żeby rozwiązać ten problem?

– Wywieramy presję na właścicielach i mieście żeby temat bazy sportowej został poważnie rozważony. To nie jest tylko mój kłopot, ale to ogólnie kłopot wszystkich klubów w Bielsku-Białej. Brakuje w naszym mieście tych boisk treningowych, a nam się bardzo rozwijają grupy młodzieżowe a trzeba pamiętać jeszcze o rezerwach. Aby to dobrze funkcjonowało, potrzebujemy dobrej bazy. W klubie mamy teraz 200 przedszkolaków! Proszę sobie wyobrazić, jakie pojawią się problemy na kolejnych etapach szkolenia, jeżeli nie będzie dla nich porządnych boisk.

Mamy szczególnie kłopoty zimą. Baza w Dankowicach, na okres wiosenno-letni jest bardzo dobra, ale gorzej jest w okresie jesienno-zimowym. Tamte tereny są podmokłe, to są stare boiska i niewiele z tym można zrobić.

Będziecie inwestować w Dankowice?

– Nie. Koncepcje są dwie: albo miasto wybuduje dla wszystkich bielskich klubów bazę sportową i wtedy będziemy korzystali z niej wszyscy, albo sami, jako Podbeskidzie, będziemy musieli sobie jakąś bazę postawić. Nie ma innych możliwości.

Jak wygląda sytuacja finansowa Pana klubu?

– Podbeskidzie jest od dłuższego czasu na minusie. Od kiedy pamiętam, zawsze był jakiś minus. Teraz też nie jest inaczej. Po spadku, musimy sobie jakoś radzić, a jest to o tyle trudne, że grając sezonowo, mamy kalendarzowy budżet, dlatego to drugie półrocze jest zawsze ciężkie po spadku.

Pieniądze z transmisji telewizyjnych w ekstraklasie byłyby więc zbawieniem.

– Na pewno tak, ale trzeba sobie radzić. Budujemy grupę sponsorów, przybywa partnerów. Ja wyznaje zasadę, że w ilości jest siła, a ilość budujemy z miesiąca na miesiąc. Do tego prężnie działamy sprzedając gadżety, karnety i bilety. Trzeba zabezpieczyć klub w ten sposób, żeby nie musiał się opierać tylko na jednym źródle finansowania.

Fakt jest taki, że w I lidze kłopoty z pieniędzmi są bardzo duże. Szczególnie kiedy ktoś spada z ekstraklasy, ma bardzo duże problemy, żeby się finansowo w tych trudnych realiach odnaleźć.

Pieniądze od partnerów pierwszej ligi są aż tak małe?

– Koszty gry dla klubów z aspiracjami i tradycjami w I lidze są ogromne. Fajnie, że PZPN robi wszystko, żeby było nam łatwiej, a rozgrywki były ciekawsze, ale nadal widać olbrzymią przepaść pomiędzy ekstraklasą a jej zapleczem. Największym kłopotem jest brak buforu finansowego dla spadkowiczów z ekstraklasy. Kiedy ktoś spada z elity do I ligi, na wstępie musi zapłacić zawodnikom 13-stą pensję, żeby zerwać z nimi kontrakty. Pieniędzy z tytułu praw telewizyjnych nie ma i pojawia się kłopot.

Takie kluby jak Zagłębie Lubin czy Cracovia poradziły sobie dzięki zastrzykowi gotówki bogatych właścicieli sponsorów. Z drugiej strony są jednak Widzew Łódź, Polonia Warszawa i Odra Wodzisław, które przez degradacje zrujnowały się finansowo.

Konkluzja jest taka, że powinniśmy pomyśleć nad zabezpieczeniami finansowymi dla spadkowiczów?

– Zdecydowanie. Bez tego się prawie nie da. Moje zdanie jest też takie, że za awans również powinno się dostawać jakieś pieniądze, bo jednak wygranie I ligi to duże wyzwanie i duże koszty. Awans powinien być premiowany finansowo, bo na starcie w klasie wyżej ma trudniej: nie ma pieniędzy z telewizji, awansował właśnie do ekstraklasy co wiąże się z jakąś podwyżką wynagrodzeń, a wpływów ciągle nie ma. Nie mówię o kwotach liczonych w milionach złotych, ale coś powinno się dla takich klubów znaleźć.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.