W przypadku Piasta chodzi o to, żeby ustabilizować formę na tyle, aby zawsze być w pierwszej ósemce - mówi Dariusz Wdowczyk, trener gliwickiej drużyny.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Piast Gliwice wreszcie przełamał złą passę. Po sześciu ligowych porażkach wreszcie wygrał we Wrocławiu ze Śląskiem, w dodatku po meczu, który miał dramatyczny przebieg i padło w nim aż siedem goli, a Piast wygrał 4:3.

Paweł Czado: Czy po meczu we Wrocławiu odetchnął pan z ulgą? Powiedział pan sobie: to jest to?

Dariusz Wdowczyk, trener Piasta Gliwice: Nie, zdecydowanie nie! (uśmiech). W znacznie większym stopniu powinniśmy kontrolować ten mecz – w momentach, kiedy prowadziliśmy 2:0, kiedy prowadziliśmy 3:1 i kiedy prowadziliśmy 4:2. Niestety, przebieg meczu wymknął się trochę spod naszej kontroli. Trzy punkty oczywiście cieszą, ale powiem szczerze: niewiele brakowało, abyśmy w końcówce spotkania znowu wypuścili dobry wynik i wrócili do Gliwic z jednym punktem.

No właśnie: kwestia ostatnich minut. W tym sezonie Piast od 89. minuty stracił aż... 11 goli [z Pogonią u siebie i na wyjeździe, z Lechem na wyjeździe, z Łęczną dwa u siebie i jeden na wyjeździe, z Wisłą u siebie i na wyjeździe, ze Śląskiem u siebie, z Jagiellonią na wyjeździe, z Cracovią u siebie]. Czy to było niepokojące?

– Nadal jest! Ze Śląskiem straciliśmy gola na 4:3 w 86. minucie. Mecz meczowi nierówny. Musimy być uważni w obronie i grać do ostatniego gwizdka, być skoncentrowani. Po to, żeby nie dopuszczać do takich choćby sytuacji jak w ostatnim meczu z Wisłą Kraków [w debiucie trenera Wdowczyka Piast przegrał 1:2 po golu Petera Brleka w 90. minucie].

Z czego to może wynikać? Z dekoncentracji czy raczej z braku sił?

– Trudno mi to jednoznacznie określić. A koncentracja i rzetelność w grze są istotne: dopóki sędzia nie zagwiżdże po raz ostatni, trzeba być czujnym. Bo jak ma coś pójść źle, to prawem Murphy’ego pójdzie źle.

Jest pan zawodowcem, a zawodowiec jest zadaniowcem. Zadanie dla Piasta w tym sezonie jest jasne: utrzymanie. Po meczu ze Śląskiem wybuchła wielka awantura, w której wzięli udział piłkarze obu drużyn. Ciekawi mnie, czy jako zadaniowca bardziej to pana rozzłościło, czy pokrzepiło? Z jednej strony sędzia pokazał czerwone kartki piłkarzom obu drużyn, więc będą osłabienia przed kolejnym istotnym meczem, ale z drugiej – piłkarze Piasta pokazali, że czują się drużyną i jeden czuje się odpowiedzialny za drugiego.

– Przede wszystkim byłem zadowolony, że wygraliśmy ten mecz. Zajście, które miało miejsce po meczu, trudno jednoznacznie ocenić. Trudno właściwie powiedzieć, co się wydarzyło [bo taki był młyn] i kto zaczął. A konsekwencje tego zdarzenia są takie, że wypada nam Hebert [dostał czerwoną kartkę]. W następnym meczu nie zagra też Adam Mójta [dostał żółtą kartkę], więc wypada dwóch obrońców na spotkanie z Arką. To niemały problem, ale musimy sobie z tym poradzić.

Muszę przyznać, że w tej całej sytuacji ucieszyło mnie to, że kolega staje za kolegą, a następni też idą z pomocą. Nie mówię o rękoczynach, ale o tym, że potrafią o siebie zadbać i potrafią o siebie walczyć. Tak jak po meczu ze Śląskiem – kiedy trzeba się wstawić za kolegą, pójdzie ten największy, bo jest największy, a nie ten najmniejszy, który jeszcze może po pysku dostać.

Zaskakuje mnie w Paście to, że piłkarze troszczą się o siebie nie tylko w trakcie meczu. Mamy do komunikacji wewnętrzny link, gdzie piłkarze wspierają się nawzajem. Czytanie ich wpisów jest dla mnie przyjemne, chociażby ich reakcja na to, co się dzieje z Edvinasem Girdvainisem [kilka dni temu Litwin doznał poważnego urazu podczas treningu, mówi się o uszkodzeniu nerki]. Interesują się tym, co się z nim dzieje, i są z nim. To jest bardzo pozytywne, bo wiadomo, jak to jest ważne dla zawodnika, który jest odstawiony i nie może pomóc drużynie. To na pewno wzmacnia go psychicznie.

Takie zachowania przenoszą się na mecz. Skoro dzieje się krzywda mojemu koledze, to niech wie, że będzie miał wsparcie.

W poprzednich sezonach Piast był naznaczony przez obecność środkowego pomocnika, który wywierał na postawę drużyny ogromny wpływ. Najpierw był Konstantin Vassiljev, potem Kamil Vacek. Kładli stempel na każdej akcji. Czy to dobrze, czy źle?

– To pewnie problem trenera i drużyny. Wiadomo, że dobrze mieć takiego zawodnika i wiadomo, że dobrze mieć dla niego alternatywę. Bo dla rywali jest to pewna wskazówka – gdzie uderzyć, na kogo szczególnie zwrócić uwagę, żeby pokrzyżować szyki. Trzeba się z tym liczyć i dlatego warto mieć inne opcje. Myślę, że każdy z ligowych trenerów zakłada różne ustawienia.

Czy Piast jest drużyną, której gra sprawia panu przyjemność?

– W ubiegłym sezonie były dwa zespoły, które w polskiej lidze mi imponowały. Grały bardzo dobrze. To były Cracovia i właśnie Piast. Dwie drużyny, które nie kalkulowały, pokazywały solidny futbol i gdziekolwiek by grały – grały o zwycięstwo.

Czy w kolejnych sezonach ta drużyna ma szansę nawiązać do zeszłego sezonu, kiedy zdobyła wicemistrzostwo?

– Ale to nie był pierwszy bardzo dobry sezon Piasta. Już wcześniej zagrał w europejskich pucharach, a potem bronił się przed spadkiem. Teraz wicemistrzostwo Polski i znowu gorszy moment. Huśtawka nastrojów... Trzeba ustabilizować formę i odpowiedzieć sobie na pytanie: czego chcemy od tej ligi i na co nas stać. To nie jest tylko problem polskich drużyn, przypadek Piasta nie jest wcale odosobniony: spójrzmy na Leicester, mistrza Anglii, który teraz broni się przed spadkiem, mają trzy punkty przewagi nad strefą spadkową. W przypadku Piasta chodzi o to, żeby ustabilizować formę na tyle, aby zawsze być w pierwszej ósemce.

Wygląda na to, że docenia pan Gerarda Badię, który wcześniej nie zawsze grał od pierwszej do ostatniej minuty, czasem nie wychodził w pierwszym składzie [tymczasem w dwóch meczach Dariusza Wdowczyka jako trenera w Piaście Hiszpan strzelił cztery bramki].

– Jeśli Badia będzie strzelał kolejne hat tricki, tak jak w meczu ze Śląskiem, to na pewno powiemy, że to facet, który bardzo dużo daje drużynie (uśmiech). Ja się nigdy nie gniewam na dobrych piłkarzy, a on na pewno jest dobrym piłkarzem. Jeśli ktoś ma swobodę gry, umiejętność gry jeden na jeden, robi w drużynie różnicę, potrafi związać dwóch przeciwników, podnieść głowę i dostrzec partnera na wolnej pozycji, to na pewno trzeba to docenić. A jak strzela jeszcze kilka bramek? Nie mam nic przeciwko temu, żeby było tak nadal (uśmiech).

Widzi pan Badię bardziej jako skrzydłowego czy zawodnika grającego w środku?

– Myślę, że jest na tyle inteligentny, że sam potrafi sobie znaleźć miejsce na boisku (uśmiech). Myślę, że zanim przyjmie piłkę, układa sobie w głowie, co będzie dalej z tą akcją, gdzie jest partner, gdzie jest przeciwnik. W dzisiejszej piłce, gdzie gra się często w kwadracie czterdzieści na czterdzieści, to jest bardzo istotne, trzeba szybko myśleć i podejmować decyzje.

Oczywiście w drużynie muszą być zarówno ci, którzy noszą fortepian, jak i ci, którzy na nim grają. Jedni bez drugich się nie obejdą.

U trenera Radoslava Latala istotna była umiejętność przepoczwarzania się drużyny, czyli zmieniania systemu gry. W razie potrzeby grali choćby 3-5-2, żeby zmienić to na 4-4-2. A u pana?

– To jest płynne. Bez przerwy podkreślam, że wszystko zależy to od tego, kiedy bronimy i kiedy atakujemy. W drużynie ktoś musi nosić pianino i ktoś na nim grać. Ustawienia są płynne i czasem o kimś, kto jest obrońcą, mówimy, że to skrzydłowy.

Spytam pana jako byłego lewego obrońcę: podoba się panu ofensywna gra Patrika Mraza?

– Tak. Jak ma się ciągotkę do przodu i chce się włączać do akcji ofensywnych – proszę bardzo. Pod jednym warunkiem: obrońcy, jak sama nazwa wskazuje, mają przede wszystkim bronić. To ich podstawowe zadanie. A co zrobią z przodu, to dodatkowy plus.

Hebert nie zagra z Arką. To na pewno osłabienie. Mnie ten piłkarz imponuje świetną grą głową, właściwie nie przegrywa pojedynków główkowych. Ale mówi się, że mógłby odejść do silniejszego klubu.

– Na pewno chciałbym, żeby został w drużynie. Wiem, że jeszcze przez rok obowiązuje jego umowa. Chciałbym także na nim opierać naszą grę defensywną – to solidny obrońca, który jest Piastowi potrzebny, strzelił też kilka ważnych bramek. Poza tym nie jest łatwo znaleźć w Polsce lewonożnego stopera z dobrymi warunkami fizycznymi, potrafiącego włączyć się do akcji ofensywnych i solidnie bronić.

Uważam, że częste rotacje linii defensywy nie są dobre: niech obrońcy znają nie tylko swoje imiona, ale i swoje nawyki, przyzwyczajenia i zachowania boiskowe. Żeby na kogoś liczyć, trzeba go poznać.

Wielkiej konkurencji w ataku Piasta obecnie nie ma. Są Michal Papadopulos i kontuzjowany Łukasz Sekielski. Martwi to pana?

– Mamy taką sytuację, jaką mamy, i nie zamierzam nad tym płakać. Truchleję dopiero na myśl, że mógłby nam jeszcze wypaść Papadopulos. Wtedy będziemy mieli problem. Jest jeszcze Maciej Jankowski, który wrócił po kontuzji – może nie typowy napastnik, ale na pewno jest w stanie z przodu pomóc. Do tego paru zawodników jest wypożyczonych. Jeśli trzeba będzie, zrobimy przegląd wojsk, ale myślę, że akurat na tej pozycji nie potrzebujemy wzmocnień.

Nie byłbym dziennikarzem gdybym w tym momencie nie spytał: w takim razie jeśli nie na tej pozycji, to na jakiej potrzebujecie?

– (chwila milczenia)... Na niewielu (uśmiech).

Jest pan z mojego ulubionego rocznika 1962. Ulubionego, bo regularnie i uważnie jako nastolatek oglądałem ligę w drugiej połowie lat 80. i to był moim zdaniem fantastyczny okres. Każda drużyna miała w składzie zawodnika, na którego było warto chodzić, a rocznik 1962 szczególnie obrodził. Jan Urban, Dariusz Dziekanowski, Jan Furtok, Ryszard Tarasiewicz, pan i jeszcze kilku innych piłkarzy... Wiadomo, że na Śląsku trudno było kibicować Legii, w której pan grał, ale doceniałem jej występy choćby przeciw Interowi Mediolan. Ten cholerny Pietro Fanna... Czy tamto pokolenie mogło osiągnąć coś więcej?

– Rzeczywiście o naszym pokoleniu mówi się, że było „pokoleniem zmarnowanych talentów”. Jako juniorzy graliśmy w 1980 r. w finale mistrzostw Europy, przegraliśmy w nim z Anglią. Na mistrzostwa świata do Australii w 1981 r. jechaliśmy jako jedni z faworytów, ale nie wyszliśmy z grupy – przegraliśmy z Katarem [późniejszym wicemistrzem świata] i Urugwajem, wygraliśmy tylko z USA.

Dobrze graliśmy w piłkę. Ale nie wiem, dlaczego nie było lepiej. Może dlatego, że nie było możliwości wcześniejszego wyjazdu zagranicę? Może moglibyśmy osiągnąć więcej, gdyby nie ta ówczesna szara polska rzeczywistość? W Polsce ten okres był nieciekawy. Nie mogliśmy skupić się tylko na grze w piłkę, bo czasy nie były łatwe. Może gdybyśmy mogli poświęcić się tylko piłce, byłoby inaczej? Może gdybyśmy mieli wtedy inną świadomość, inną mentalność, inne wychowanie – byłoby inaczej? My byliśmy dziećmi PRL-u. Z drugiej strony mieliśmy dzięki temu coś, czego dzisiejszemu pokoleniu brak. Większość czasu spędzaliśmy, jak to się mówi w Krakowie, „na polu” albo (w Warszawie) „na podwórku” [albo na Śląsku „na placu”], grając na bramki zrobione z cegieł lub tornistrów.

Dziś żeby osiągnąć coś w piłce, trzeba się jej poświęcić w całości. Teraz piłkarze na szczęście mają świadomość, że jeśli pójdą się pobawić do czwartej rano, to będą dłużej dochodzić do sprawności. Dziś trzeba postawić piłkarza nie w 72 godziny albo 48 godzin na nogi, ale w 24. Wypoczynek, trening, regeneracja – wszystko jest ważne. Czy ktoś za naszych czasów myślał o diecie?

Dziś piłkarze rzeczywiście są bardziej świadomi. Czasem nie dlatego, że muszą, ale dlatego, że chcą. Przekonałem się, że często o sposobie żywienia wiedzą znacznie więcej niż zwykli ludzie.

– Oczywiście. Piłkarze mojego pokolenia mogli jedynie zajrzeć do encyklopedii, żeby czegoś się dowiedzieć, a dziś zawodnicy mogą w każdej chwili zajrzeć do internetu. Jeden klik i ileś odpowiedzi na nurtujące pytanie. Znak czasów. I bardzo dobrze!

A co mają powiedzieć ci, którzy grali jeszcze przed nami? Pohl albo Brychczy nie mieli w ogóle możliwości wyjechania zagranicę. A zespół Górnika, który grał wtedy w finale Pucharu Zdobywców Pucharów, albo zespół Legii, który grał w Pucharze Mistrzów, to umówmy się – teraz to jak Reale i Barcelony. Nie wierzę, żeby wielkie europejskie zespoły nie skorzystały wtedy z okazji wzięcia takich piłkarzy, gdyby tylko miały możliwość ich pozyskania.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej na ten temat
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
A czy to nie Wdowczyk został skazany prawomocnym wyrokiem sądu za korupcję?
już oceniałe(a)ś
0
0
Skorumpowany trenerek zawsze może coś załatwi. Gardzę takimi ludzmi .Piast też jest symbolem korupcji. TFU!
już oceniałe(a)ś
0
0