Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Nanoszą się tu dwa zjawiska: przenoszenia na pociechę własnych niespełnionych ambicji i rodzicielskie żądania wzmocnione faktem, że „skoro płacę to wymagam”.

Wydaje mi się, że w ostatnich latach to zjawisko się nasila, ale zapewniam; nie jest niczym nowym. Najmocniejsze jest oczywiście w piłce nożnej.

We futbolu mamy najwięcej Fergusonów, Ancelottich i Guardiolów (obu płci!), którzy wszystkie rozumy pozjadali.

Wielokrotnie widziałem rodziców wydzierających się nie tylko na własne dzieci (czasem wulgarnie!), ale i na trenerów. Ale prawda jest taka że już przed wojną rodzice wywoływali presję na swoich pociechach uczących się pilnie łyżwiarstwa figurowego. Tak było choćby na katowickim Torkacie. Innych dyscyplin też to dotyczy: choćby tenisa. Niedawno rozmawiałem ze zniecierpliwionym tenisowym trenerem, który przyznał, że pozwala rodzicom oglądać treningi pociech raz na miesiąc, bo inaczej nie dało się prowadzić zajęć.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.