Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W grupach dziecięcych to coraz większa plaga. Rodzice coraz częściej zapominają się, że grają ich dzieci, a nie zawodowcy. Często reagują zbyt emocjonalnie, zdarza się, że wyzywają lub przeklinają. A nie daje to przecież radości ich dzieciom, raczej wstyd. Warto promować inne zachowania. Piast nakręcił filmik piętnujący namolność z udziałem Jarosława Kaszowskiego, byłego wieloletniego piłkarza Piasta, dziś prowadzącego Akademię Piłkarską „Team”.

Paweł Czado: Skąd pomysł na tę akcję?

Jarosław Kaszowski: W klubie rozmawialiśmy od dłuższego czasu na ten temat, bo problem jest palący. Wielu trenerów nie wyobraża sobie, że rodzice są na treningu, bo dzieci zamiast słuchać, co oni do nich mówią, wodzą wzrokiem za rodzicami i czekają, co oni powiedzą. Ale myślę, że na treningu nie jest to aż tak widoczne jak w meczach. Staramy się, żeby nie podchodzili zbyt blisko. Lepiej, żeby siedzieli na trybunach.

Słyszałem, co się dzieje w szatniach, przed treningiem, po treningu, jacy rodzice potrafią być nabuzowani: „Ale wiesz, ty musisz to uderzyć” i tego typu wypowiedzi. Często uważają, że w wieku 7-9 lat dzieci muszą być najlepsze. A to wcale tak nie działa. Dzieci rozwijają się z różną szybkością, każde jest inne. Gdybyśmy w wieku 8 lat robili selekcję i „odpalali” tych słabszych, to nie byłoby wielu obecnych gwiazd światowej piłki.

Wielokrotnie byłem na meczach dzieci. Zdumiewa mnie zwłaszcza nadaktywność matek. Nigdy nie podejrzewałbym ich o takie zachowania.

– Pamiętam jedną nieprzyjemną sytuację. To zdarzyło się jesienią zeszłego roku podczas meczu drużyny mojej akademii z rocznika 2007. Pech chciał, że sędzia nie dojechał i z trenerem drużyny przeciwnej ustaliliśmy, że będzie sędziował jeden z nas, bo było nas akurat dwóch, a on sam. Rodzice dzieci z drużyny przyjezdnych nie mogli tego przeboleć. Jedna z mam strasznie zaogniała sytuację. Potrafiła nas wyzywać przy wszystkich. Zaczęła wołać: „Kopnij go!” itd. Zaczęli włączać się kolejni rodzice. Wtedy poczułem się naprawdę zażenowany. Dzieci na boisku nie wiedziały, co robić. Czy grać dalej mecz, czy słuchać, co wołają ich rodzice. Ta kobieta nadawała tak strasznie, że aż podszedłem i poprosiłem o spokój. „Proszę pani, przecież dzieci tu grają” – argumentowałem. Nie dawało to efektu. Najchętniej poobsadzaliby każdy narożnik, stanęliby przy bramce, przy słupku i podpowiadali. Ciągle podpowiadali. Jak się ma rzucać, jak ma zagrać... Uważam, że to nie do przyjęcia. Chcemy wyeliminować sytuacje, w których rodzic zbyt mocno reaguje na poczynania dziecka na treningu lub podczas meczu. Taka presja może przecież hamować rozwój dzieci, rodzice często nie zdają sobie z tego sprawy.

 

W filmiku propagującym akcję nie wpuszcza pan na stadion nadaktywnego ojca.

– Filmik powstał, żeby jak najwięcej ludzi usłyszało o tym nietypowym dla wielu problemie. Wielu rodziców, mam nadzieję, zastanowi się: czy ja jestem taki jak ojciec z tego filmu? Myślałem kiedyś, co by było, gdybyśmy zachowania niektórych rodziców nagrali kamerą. Wielu z nich zaprzeczałoby: „ja nic takiego nie robię, ja tak się nie zachowuję”. A potem okazałoby się: a właśnie, że tak...

Ja wiem, że są emocje, że doping musi być, ale trudno akceptować okrzyki zza pleców: „kopnij go, złap go, nie daj się”...

To niestety nie jest już coś niezwykłego. Staje się codziennością, prawda?

– Tak. Dlatego tak ważne jest zachowanie trenera w takich sytuacjach. On musi pamiętać, że nie tylko jest trenerem, ale też wychowawcą. Żeby umiał podejść do rodziców. W mojej akademii na szczęście nie mam takich problemów, choć były momenty, że w czasie meczów musiałem dyskretnie podejść do rodziców i delikatnie zwrócić uwagę, żeby się opanowali. Przecież chodzi o ich własne dzieci, które po każdym zagraniu szukają spojrzenia rodzica, jego akceptacji. Czasami dziecko się blokuje, bo nie wie, co po meczu tata powie... Czasem rodziców trzeba było przekonywać, że ich dziecko grało całkiem dobrze, bo szukali u niego przede wszystkim błędów. A przecież nie o to w tym wszystkim chodzi. Wiadomo, że rodzic chciałby jak najlepiej. Ale nie tędy droga. Jedyną osobą, która może w czasie meczu krzyknąć, powinien być trener. To on może krytykować, bo wie za co. Ale kiedy nad tym wszystkim wiszą jeszcze rodzice, którzy dokładają swoje – to jest najgorsze.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.