Nie możemy brać piłkarzy, którzy będą żądać pensji na poziomie ekstraklasy, przecież my w ekstraklasie nie jesteśmy. Ale każdy transfer mamy dogłębnie analizować - mówi menedżer GKS-u Katowice.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Paweł Czado: W I lidze zapowiada się niezwykle ciekawa wiosna. Także za waszą przyczyną.

Dariusz Motała, menedżer GKS-u Katowice: To jest cholernie trudny moment dla nas. Musimy brać pod uwagę dwa scenariusze, które mogą się wydarzyć za pół roku, czyli pozytywny: awans, oraz negatywny: jego brak. Przed nami piętnaście bardzo trudnych meczów. A przecież nie jest tak, że jeśli się nie uda, to za pół roku powiększymy budżet o 5 milionów i na pewno będzie lepiej. Jako pracownik klubu nie mogę doprowadzić do krachu. Widziałem już przypadki, kiedy ktoś przeszarżował. Przy transferach trzeba podejmować ryzyko, ale zminimalizowane, wręcz dokładnie zaplanowane. Nie mogę brać piłkarzy, którzy będą żądać pensji na poziomie ekstraklasy, przecież my w ekstraklasie nie jesteśmy.

Ale GKS jedna się zbroi i wygląda na to, że jest dla piłkarzy coraz bardziej atrakcyjnym pracodawcą. Wisła chciała ściągnąć prawego obrońcę Alana Czerwińskiego, który miał świetną formę jesienią, a ten mimo to zdecydował się zostać. Ostatni raz GieKSa potrafiła przelicytować kluby krakowskie w latach 80. i 90. – z Wisły przychodzili m.in. Janusz Nawrocki i Marek Świerczewski, a z Cracovii Mirosław Kubisztal czy Piotr Nazimek. Jeszcze w zeszłym sezonie Wisła chciała Rafała Pietrzaka i dostała go.

– Sytuacji Pietrzaka i Czerwińskiego nie można porównywać. Wtedy zespół znajdował się w innym miejscu tabeli, inaczej wyglądał kadrowo. Rok pracy trenera Brzęczka sprawił, że zespół jakościowo poszedł w górę. Kadra została zmieniona. Z całym szacunkiem wobec piłkarzy, którzy grali tu wcześniej – w tej chwili mamy lepszy zespół, solidniejszą grupę. Kiedy Rafał odchodził, mieliśmy iluzoryczne szanse na to żeby włączyć się do walki o awans, a pierwszy mecz z Arką te możliwości definitywnie przekreślił. Teraz jest zupełnie inaczej, sytuacja jest odmienna.

Kluczową rolę przy tym, że Alan z nami pozostał, odegrał trener Jerzy Brzęczek. Nie chodzi o to, że GKS rozpoczął jakąś nową szczególną strategię finansową, bo na nią nas nie stać. Owszem, klub finansowo jest stabilny, mamy jednak także argumenty pozafinansowe, które piłkarze poważnie rozważają i biorą pod uwagę. Dziś sytuacja GKS-u w tabeli jest dobra, po za tym dziś jest najlepszy moment dla klubu od kilku lat. Czasem, odchodząc w takim momencie, można stracić wisienkę na torcie i Alan to zrozumiał. Pozycję, jaką obecnie ma w zespole Czerwiński, wypracował w ciągu ostatniego roku. To utalentowany piłkarz, trzeba przy tym pamiętać, że największy progres zanotował właśnie za trenera Brzęczka.

Ma kontrakt obowiązujący jeszcze pół roku i doskonałą dla niego pozycję wyjściową: nawet jeśli – odpukać – nie udałoby mu się awansować z GKS-em, to moim zdaniem i tak nie ma możliwości, żeby za pół roku nie zagrał w ekstraklasie. Czasem warto zostać, żeby zrobić kolejne kroki w przód. W ten sposób prezes, trener i ja staraliśmy się go przekonać, żeby u nas został. Cieszymy się, przekonał się do naszych racji, tym bardziej że nie używaliśmy argumentów finansowych. To nas cieszy, bo oferty dla niego były naprawdę konkretne – od Wisły i od Jagiellonii, oba te kluby kontaktowały się z nami.

Jeśli zespół gra dobrze – a GKS jesienią tak grał – to zainteresowanie piłkarzami jest nieporównywalnie większe. Mieliśmy zapytania także o innych zawodników. Mamy kontrolę i powiedzieliśmy piłkarzom w szatni: 'Panowie, to nie jest sytuacja, w której wygrywa tylko jeden czy dwóch piłkarzy. Na awansie wygrywają wszyscy'

Na pozostaniu Alana nam zależało, bo bardzo pasuje nam do formacji. Poza tym linia obrony funkcjonowała – jak na I ligę – na wysokim poziomie i nie chcieliśmy jej rozbierać. Wiadomo, że nie ma piłkarzy nie do zastąpienia - tyle że potrzebny jest czas wkomponowania piłkarzy w strategię i system gry, a akurat w tym momencie czasu na to nie mamy tak dużo.

Czy pozostanie Czerwińskiego oznacza, że już nie szukacie prawego obrońcy?

– Pozostanie Alana rozwiązuje sprawę. Ale na to okienko. Mogę jednak powiedzieć, że nadal rozmawiamy z pewnym obrońcą, i może się zdarzyć, że ściągniemy go w przyszłości. Musimy się zabezpieczyć, gdyby sytuacja miała się powtórzyć w następnym okienku. Klub nie chce nikomu zabierać szansy rozwoju, ale będziemy też rozmawiali z Alanem na temat przedłużenia umowy.

Wydaje się, że podpisanie kontraktu z Arminem Ćerimagiciem to kolejny dobry ruch.

– Przekonanie młodego piłkarza występującego wcześniej w ekstraklasie, żeby przeniósł się do nas, nie było proste. Nie były to łatwe rozmowy. Jasno postawiliśmy nasze cele i jesiennymi występami sprawiliśmy, że piłkarze występujący w ekstraklasie zaczęli doceniać organizację i sposób gry GKS-u. Rok temu mieliśmy propozycję wypożyczenia Armina. Wtedy byłem jednak w klubie dość krótko [od września] i nie znałem na tyle tego zawodnika, żeby mieć pewność, czy powinien do nas trafić. Nie chciałem niczego organizować na zasadzie łapanki. Wolałem poznać zespół. Ale tamten sygnał sprawił, że zacząłem się tym piłkarzem interesować i w pewnym momencie uzmysłowiłem sobie, że to jest zawodnik wysokiej klasy. Miał problemy z regularnymi występami, co było spowodowane kontuzjami i innym stylem gry, który preferował trener Ojrzyński, ale już za trenera Żurka był jednym z lepszych piłkarzy. Stwierdziłem, że jeśli Górnik się utrzyma, GKS-owi będzie łatwiej go pozyskać, choćby w kontekście wypożyczenia. Sądziłem, że jeśli zabrzanie spadną, trudno będzie go pozyskać, bo będą chcieli go zatrzymać.

Ciągle byłem na linii z agentem Ćerimagicia, ale on ciągle nas spychał, mówiąc, że chcą iść do ekstraklasy. Agent nie dowierzał, że z tym składem będziemy walczyć o awans. Pomyślałem, że wrócimy do rozmów w kolejnym okienku, nawet piłkarz o tym nie wiedział. Sprawa nabrała rozpędu, kiedy Górnik wystawił go niedawno na listę transferową. Byłem już pogodzony z tym, że go nie dostaniemy.

Pewnie cieszycie się, że wreszcie wraca kontuzjowany Adrian Frańczak.

– To była duża strata. W rudzie jesiennej jego kontuzja sparaliżowała nam możliwość manewru. Początkowo nie mieliśmy zastępców na bocznej pomocy i bocznej obronie, potem na tej pozycji objawił się Łukasz Pielorz, który świetnie wypełnił lukę. Ale Adrian jest w stanie zagrać na czterech pozycjach i my to bardzo cenimy. Cieszę się, że wrócił. Jeśli chodzi o piłkarzy, których tu zastałem, to muszę powiedzieć, że jego ściągnięcie było jednym z najlepszych ruchów moich poprzedników. To facet o niesamowitym charakterze, chciałbym, żeby tacy ludzie byli w tym zespole i żeby osiągali cele, które zakładają. Mam szacunek dla tego, w jaki sposób pracował i funkcjonował przez ostatnie pół roku.

Na skrzydle jakość ma dać Kamil Jóźwiak. Ma 18 lat, ale wygląda jeszcze jak dziecko.

– Znam go doskonale, kiedy pracowałem w Lechu, debiutował u trenera Skorży. To był najmłodszy chłopak, który przyszedł do Poznania, i wiedziałem od razu, że to superutalentowany piłkarz. Trener Urban dał mu zagrać przeciwko Legii na Bułgarskiej przy 40 tysiącach ludzi. Nie ma co się oszukiwać: Lech wiąże z Jóźwiakiem ogromne nadzieje. Nie dawałem sobie wielkich szans, że jego sprowadzenie do Katowic się uda. Ale spotkałem się z prezesem Rutkowskim i od razu powiedziałem konkretnie, o kogo mi chodzi. Spotkałem się również z tatą Kamila. Paradoksalnie pomogła zmiana trenera.

Trener Nenad Bjelica, z którym też rozmawiałem dwukrotnie, ma inny pogląd na wprowadzanie nowych piłkarzy. Nie chce, żeby oni terminowali przez dwa sezony po 15 minut. Woli dać kilka szans przez rundę, żeby zobaczyli, co mogą zyskać, a potem woli wypożyczyć ich, żeby regularnie grali. Na samym końcu decyzję podjął Kamil.

To piłkarz z wysokimi umiejętnościami w grze jeden na jeden. Jest bardzo silny, z ogromną energią i mocną mentalnością. Jest złudzenie, że to dziecko, ale w debiucie w Lechu zagrał na Jędrzejczyka i się nie spalił. Nie chcę go przesadnie chwalić, ale rzeczywiście ma ogromne możliwości

Wierzę, że mamy teraz dwóch najbardziej rokujących skrzydłowych w regionie. Nie wolno zapominać o Pawle Mandryszu, z tego transferu jesteśmy bardzo zadowoleni. Przydarzyła mu się kontuzja, jego powrót będzie trochę opóźniony, stąd pomysł związany z Kamilem. Musimy być silni i nic nie może nas zaskoczyć. Podwyższamy rywalizację, a to może podnieść rywalizację. Spójrzmy na młodzieżowców – mamy teraz Kamila, Pawła, Damiana Garbacika i Pawła Szołtysa. Wszyscy zapewniają poziom, wszyscy mają za sobą poważne mecze.

Co z Tomaszem Wisią? Przejdzie do GKS-u?

– Kiedy uznaliśmy, że nasz zespół opuści Adrian Jurkowski, rozmawialiśmy, jakiego typu środkowego obrońcę potrzebujemy. Uznaliśmy, że potrzebny jest piłkarz z doświadczeniem, umiejętnością pokierowania grą z tyłu. Zależało nam, żeby był lewonożny. To ważne przy otwarciu gry od tyłu. Ważne, że mieliśmy pozytywne opinie na temat jego charakteru i podejścia do pracy. Wyszło, że Tomek nam pasuje. Jest z nami od soboty, trenuje. Ma pozwolenie od poprzedniego klubu St. Poelten na treningi u nas, mamy z nim ustalone wszystkie warunki kontraktu. Jego temat pojawiał się wcześniej, ale miał ważny kontrakt w Austrii i nie podejmowaliśmy tematu.

Oczywiście nie ma pewnego miejsca: o tym, kto będzie tworzył parę stoperów w pierwszym meczu, zdecyduje trener na podstawie dyspozycji piłkarzy. Kontrakt, który podpiszemy, nie gwarantuje mu pieniędzy na poziomie austriackim, ale Tomek powiedział jedną ważną rzecz: dla niego ważne jest, żeby na koniec kariery zagrać jeszcze w polskiej ekstraklasie. Pozyskujemy więc faceta, który ma jakieś marzenie zbieżne z naszymi oczekiwaniami. Jeśli dojdziemy do porozumienia, będzie kontrakt półroczny z możliwością przedłużenia o rok.

W kręgu zainteresowań było kilku piłkarzy z dużymi nazwiskami, ale dla nas ważny jest dodatkowy aspekt: każda jednostka, która ma przyjść, nie może zburzyć tego, co już funkcjonuje. Nie możemy rozbijać jedności grupy.

No tak. Ale czy w tym kontekście nowy napastnik w GKS-ie jest potrzebny? Jest Goncerz, jest Lebedyński...

– To prawda. Twierdzę, że każdy zespół pierwszoligowy chciałby mieć takich napastników jak my. Są w życiu napastnika przerwy w strzelaniu goli, to nie jest gra komputerowa. Patrząc na wynik Grzegorza, nie jest wybitny, ale przyzwoity [strzelił 5 goli], z kolei Mikołaj zdobył tylko jedną bramkę, ale miał bardzo wiele kluczowych podań, po których padły gole. Ja też jestem zwolennikiem cierpliwości i spokoju. Wierzę, że zmiana gry i wzmocnienie skrzydeł poprawi naszą grę napastników. Być może kwestia takich a nie innych goli zdobytych przez nich to pochodna zbyt małej liczby okazji stwarzanych ze skrzydeł. Poza tym trzeba umieć czytać statystyki i interpretować suche liczby. Czasem ktoś miał cztery znakomite asysty, które zmarnowali koledzy, a ktoś inny cztery farfocle, które przypadkowo partnerzy jednak potrafili wykorzystać. Ale dojście jeszcze jednego napastnika spowoduje znacznie większą możliwość wyboru przez trenera rozwiązań taktycznych. Mamy kilku kandydatów, ale w tym momencie to nie jest konieczność. Zostawiamy sobie możliwość sondowania rynku do samego końca.

Poza tym ktoś do środka pola też by się nam przydał.

Piłkarz bardziej zorientowany ofensywnie czy defensywnie?

– Specyfika naszej gry jest taka, że trudno rozstrzygać; Kalinkowski i Zejdler są podobni w poczynaniach, rotują się w zależności od akcji. Trzeba pamiętać, że kontuzjowany jest Sławomir Duda.

A co w takim razie z Tomaszem Foszmańczykiem?

– Być może będziemy grali jednym napastnikiem, ale to oczywiście już decyzja trenera. Byłyby większe możliwości wyboru i zaskoczenia rywala. Dotychczas na boisku zawsze przebywali najlepsi w danym momencie piłkarze, nawet kosztem układu pozycji. Graliśmy na dwóch napastników, bo dwóch takich w kadrze mam, szkoda byłoby ich marnować.

Wszystko wskazuje na to, że nasz wachlarz możliwości będzie większy i będzie większa możliwość rywalizacji i ustalenia taktyki na dany konkretny mecz. Na pewno ruchy transferowe musimy robić z głową, po dogłębnych przemyśleniach i tak jest

Przyglądacie się konkurencji?

– Oczywiście. Jestem z tych, którzy uważają, że Chojniczanka jest topowym faworytem. Czy ktoś w poprzednim sezonie postawiłby funta na Leicester? Ktoś z boku powie, że ten zespół nie ma potencjału, ale tam trafiła się dobra grupa, dobry kolektyw, który razem może osiągnąć ten cel. Oczywiście będą się liczyć Zagłębie i Miedź, która zatrzymała Forsella. Nie zapominam o rywalach zza miedzy – Górniku i Podbeskidziu. Każdy zespół czekają dobre i trudne momenty. Po sposobie radzenia sobie z tymi drugimi można poznać siłę zespołu. Dla mnie potwierdza to jesień w naszym wykonaniu. Mieliśmy dwa ważne zwycięstwa: z Podbeskidziem w Bielsku-Białej, kiedy zespół po wygranej w dobrym stylu uwierzył, że jest w stanie wiele zdziałać, oraz w ostatnim meczu z Chrobrym, kiedy po dwóch wcześniejszych porażkach potrafiliśmy się przełamać. Inne zakończenie byłoby rysą. Ta liga będzie wiosną arcyciekawa. Już nie mogę się jej doczekać!

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    czy ktoś w redakcji czytał ten materiał przed publikacją? przecież co drugie zdania nie trzyma się kupy, o interpunkcji to nawet nie wspominam.
    już oceniałe(a)ś
    0
    0