Jesteśmy numerem jeden w rankingach, numerem jeden w drużynach, więc ciężko by było, żebym teraz mówił ?nie, nie, nie mamy szans, będziemy się starać, ale nie wiadomo, jak to będzie?. Czasem jeśli wiesz i czujesz to, że jest dobrze, to musisz o tym powiedzieć. Oczywiście, nadal jestem tym ostrożnym Adamem Małyszem, ale ja nie mówię, że wygramy, tylko zapowiadam, że będziemy dominować i rozdawać karty - mówi Adam Małysz, dziś dyrektor PZN ds. skoków narciarskich i kombinacji norweskiej.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Po świetnym weekendzie w Wiśle przed nami kolejny w Zakopanem.

Paweł Przybyła: Przed zawodami w Wiśle był pan pełen obaw o sprawy organizacyjne. A po zawodach?

Adam Małysz: Uwielbiam, kiedy wy, dziennikarze, przekręcacie słowa (śmiech). Nie byłem pełen obaw co do organizacji. Pełen obaw byłem o to, że przyjdzie na pewno więcej ludzi po sukcesach naszych zawodników niż normalnie, dlatego zabezpieczenie zawodów będzie trudniejsze. Dla nas czyli dla osób, które chronią skoczków, było to szczególnie trudne, ale daliśmy radę. Organizatorzy w Wiśle nie robili tego po raz pierwszy. Są przyzwyczajeni do organizowania takich imprez i myślę, że tegoroczny Puchar Świata w Wiśle wypadł bardzo fajnie. Można myśleć pozytywnie, przypuszczać, że w przyszłym roku dostaniemy kolejne konkursy.

Co pan sądzi o konieczności modernizacji skoczni w Wiśle? Trzeba będzie zamontować siatki do ochrony przed wiatrem i nowe tory ze sztucznym lodem.

– Pytanie: jakie są wymogi? Przecież ta skocznia jest nowa, powstała w 2008 r.! Siatki i tory nie mają nic wspólnego z homologacją, którą ta nowa, podkreślam, skocznia, dostanie. Wymóg FIS-u jeszcze nie jest na 100 proc. ustalony, ale wszystko idzie w tym kierunku, że w przyszłym roku, aby dostać Puchar Świata, trzeba będzie mieć sztuczne tory. Na takich skoczniach, gdzie wiatr bardzo kręci i są problemy z rozgrywaniem zawodów, chcą też wprowadzić obowiązek tych siatek łapiących wiatr, ale na razie to jednak tylko gdybanie. Kiedy te przepisy wejdą w życie, będziemy walczyć o to, żeby Wisła była nadal na mapie Pucharu Świata.

Kiedy porównuje pan konkursy w Wiśle i w Zakopanem, to stawia pan znak równości pomiędzy zainteresowaniem skokami na tych obiektach?

– Nie da się porównać tych dwóch obiektów, bo Zakopane w tym momencie przyjmuje prawie 30 tys. kibiców, a Wisła to tylko 8-9 tys. Nie ma możliwości powiększenia widowni w Wiśle ze względu na położenie skoczni i całą infrastrukturę wokół. Jeśli chodzi jednak o sam spektakl i widowisko, to jest to porównywalne.

Nasi skoczkowie zgodnie mówią, że skocznia w Zakopanem jest dla nich dużo przyjemniejsza niż ta w Wiśle. Zgadza się pan?

– Wielka Krokiew w Zakopanem zawsze była przyjemniejszą skocznią. Obiekt w Wiśle ma jednak inny charakter: to jest skocznia bardzo trudna. Nikt nie potrafi wytłumaczyć dlaczego, ale tak jest. Wisła nie wybacza błędów, ciągle tam kręci wiatr, różnica w metrach po każdym błędzie jest kolosalna. Taki był jednak zamysł budowania skoczni w Wiśle: to miała być skocznia, na której my będziemy trenowali i później jadąc na inne skocznie, będziemy dobrze przygotowani. Jeżeli trenuje się na trudnych skoczniach, łatwiej jest później skakać na tych przyjemniejszych.

To jednak punkt widzenia zawodnika, bo dla kibica skocznia w Wiśle jest bardzo ładną skocznią: mamy ten przeciwstok, bardzo amfiteatrowy wybieg i to wszystko robi fajne wrażenie. Ta skocznia jest „francowata” tylko dla zawodników, bo nie wybacza błędów.

Trudność skoczni w Wiśle jeszcze bardziej utwierdza w przekonaniu, że jeżeli ktoś wygrywa tam dwa konkursy, to musi być klasowym skoczkiem w świetnej formie, prawda?

– Oczywiście, że tak jest. To nie jest rzucanie słów na wiatr, bo Kamil Stoch jest w bardzo wysokiej formie i pokazał to również dwukrotnym zwycięstwem w Wiśle, z którą my, polscy skoczkowie, mieliśmy dotąd problem; były drugie i trzecie miejsca, ale zwycięstw jednak brakowało. To pokazuje, że to zdecydowany lider, który jest obecnie bardzo obserwowany, szczegółowo analizowany przez inne teamy. Dlatego trzeba odrobić lekcję dodatkową, czyli utrzymać wysoki poziom, a – jeśli się da – nawet go poprawić. To jest trudne, ale osiągalne. Trenerzy, cały sztab, będą teraz robić wszystko, aby forma naszych zawodników rosła, bo przed nami jeszcze główna impreza tego roku, czyli mistrzostwa świata.

Bardzo się zmieniło Zakopane od czasu, kiedy pan zaczynał skakać?

– Nie, myślę że sama impreza jest bardzo podobna i wiele się nie zmieniło. Skocznia jest przebudowywana: jest już zrobiony rozbieg, w przyszłym roku zrobią zeskok, będzie też inny profil tej skoczni, dzięki czemu będzie można dalej skakać. Został przebudowany pawilon, który jest na wybiegu. Ogólnie jednak najważniejsze jest to, że ludzie się nie zmienili i dalej chcą brać udział w tym wielkim przedstawieniu, czyli konkursie Pucharu Świata w Zakopanem.

To teraz porozmawiam z panem jako „dyrektorem kadry, z najlepszym debiutem w historii skoków narciarskich” (Małysz często używał tego określenia po udanym dla Polaków Turnieju Czterech Skoczni i konkursie w Wiśle). Powiedział pan po zawodach w Wiśle, że Zakopane będzie nasze. Podtrzymuje pan?

– (śmiech) Jasne, że podtrzymuję, ba, jestem tego pewien. Nie wiem, co musiałoby się wydarzyć, żeby przynajmniej w konkursie drużynowym, nasza ekipa nie stanęła na podium. Jesteśmy numerem jeden w rankingach, numerem jeden w drużynach, więc ciężko by było, żebym teraz mówił „nie, nie, nie mamy szans, będziemy się starać, ale nie wiadomo, jak to będzie”. Czasem jeśli wiesz i czujesz to, że jest dobrze, to musisz o tym powiedzieć. Oczywiście, nadal jestem tym ostrożnym Adamem Małyszem, ale ja nie mówię, że wygramy, tylko zapowiadam, że będziemy dominować i rozdawać karty.

Jestem pełen optymizmu, ale nie jestem wizjonerem, który mówi teraz: „Kamil będzie pierwszy, Maciek drugi, a Piotrek trzeci albo na odwrót”. Fajnie by było, ale to jest sport i dyspozycja dnia zależy od bardzo wielu czynników. Podam przykład. Stefan Hula po nieudanym skoku w Wiśle mówi mi: „Adam, ja się naprawdę świetnie dzisiaj czułem. Jestem tak zły na siebie, bo nie wiem, dlaczego mi dziś nie wyszło”. Tak jest i nic się z tym nie da zrobić. Lepiej czasami wystartujesz w momencie, kiedy jesteś niewyspany albo ciągnie mięsień, niż kiedy czujesz się idealnie. Nie ma reguły, bo to sport indywidualny i często los płata nam figle i wywraca wszystko do góry nogami, ale to też jest piękne w sporcie, taki jest jego urok.

Czy wysoki poziom w drużynie pomaga tym słabszym skoczkom stawać się lepszymi? Tak jak jest to choćby w sportach drużynowych.

– Na pewno tak jest, bo zawsze liderowi czy tym zawodnikom, którzy są na wysokim poziomie, trudniej utrzymywać formę i jeszcze się poprawiać. Zawodnicy, którzy są w gorszej formie, mają łatwiejsze zadanie. Oni mają wzorce, które mogą naśladować. Jeżeli zawodnik jest świadomy i wie, na czym polegają skoki, obserwowanie teraz Kamila z bliska jest mu tylko w stanie pomóc. Gorzej jest, jeżeli chodzi o kadrę B, bo ich wyniki nie są takie, jak byśmy chcieli. Kadra B zawsze była na wysokim poziomie, a teraz mamy z nią spory problem. Analizujemy jednak teraz, co możemy zrobić, żeby było z nimi lepiej.

Jak wyglądał ostatni tydzień dla naszych zawodników? To chyba dla nich rzadkość, że w trakcie sezonu mają tak długi pobyt w Polsce.

– Poniedziałek był dniem odpoczynku, na zajęcia na siłowni wrócili dopiero we wtorek. W środę trochę poskakali, w czwartek mają dzień dla siebie i dopiero wieczorem przyjeżdżają do hotelu. W piątek zaczyna się już karuzela zawodów, to znaczy treningi, kwalifikacje no i konkursy. W sobotę jest konkurs drużynowy, a pewniaków do składu jest trzech, więc o to jedno miejsce cały czas toczy się rywalizacja. A wystartować w polskiej drużynie w zawodach to dziś zaszczyt.

No właśnie, kiedyś był Małysz i długo, długo nic. Żałuje pan, że w czasach, kiedy odnosił największe sukcesy, nasza drużyna była słaba?

– Gdzieś tam siedzi ten żal, że wtedy nie mieliśmy takiej drużyny jak dziś, ale z drugiej strony cieszę się, że teraz ją mamy! Jest zastępstwo, są zawodnicy, którzy są silni zarówno indywidualnie, jak i w zespole, jednak nie może nas to usypiać. Już teraz musimy myśleć o tym, żeby kolejni młodzi zawodnicy pukali do drzwi tej silnej kadry.

Kiedy kończył pan karierę, był pan pewien, że Maciej Kot czy Piotr Żyła złapią wreszcie swoją dyspozycję? Bo o Kamila Stocha był pan chyba spokojny...

– Kamil na pewno był zawodnikiem, który się wyróżniał i nie trzeba było być ekspertem czy zawodnikiem, żeby się domyślić, że on będzie świetnym skoczkiem. Jeśli chodzi jednak o pozostałych zawodników, trudno było wróżyć z fusów. Praktycznie każdy młody zawodnik, który znajduje się w kadrze, musi mieć i ma predyspozycję do tego, aby odnosić sukcesy. Nie zawsze jednak metoda szkoleniowa, system zadziałają, nie zawsze trener czy sam zawodnik potrafią to osiągnąć. Trzeba jednak robić wszystko, by tak się stało.

Ja byłem olbrzymim zwolennikiem zatrudnienia Stefana Horngachera na stanowisko trenera naszych chłopaków i byłem pewien, że zrobi kawał dobrej roboty. Znałem go nie tylko jako zawodnika, ale również jako trenera [trenował kiedyś w Polsce juniorów i był razem z Małyszem na jednych z zawodów PŚ]. Nie ukrywam, że już wtedy dawał mi rady, które poskutkowały, i takiego go zapamiętałem. Wiedziałem też, że zawodnicy bardzo chętnie będą z nim współpracować, a to jest najważniejsze. Głosy są różne, jeżeli chodzi o szkolenie w skokach, ale atmosfera jest najważniejsza. Dobre przygotowanie do sezonu to nie tylko fizyczność, ale i psychika, mentalność, stworzenie teamu. To właśnie potrafi Stefan doskonale i dzięki stworzonemu przez niego zespołowi nie tylko zawodników, ale także trenerów, mamy teraz, co mamy.

Nie będzie łatwo utrzymać ten poziom w przyszłym sezonie, który – przypomnę – będzie sezonem olimpijskim, ale nie ma rzeczy niemożliwych.

Czy w kurtce dyrektora kadry skoczków czuje się pan lepiej niż w kostiumie rajdowca? Widać, że ma pan do tej pracy olbrzymi entuzjazm.

– Propozycję pracy przy kadrze miałem od dawna. Jednak ze względu na to, że kocham motosport, nie chciałem się przenosić. Wiedziałem jednak, że może przyjść taki moment, że nie będę mógł dalej startować z jednego powodu: to jest potwornie drogi sport. Ja jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa, jeżeli chodzi o rajdy. Mam swój samochód treningowy i kiedy tylko jest okazja, to sobie jeżdżę. Nie jest tak, że rzuciłem motosport i przeszedłem już na zawsze do skoków. W tym przypadku jest jak ze skokami, nie możesz i nie chcesz się od tego uwalniać. Teraz nie udało mi się uzbierać budżetu, żeby wystartować, więc bez wahania wybrałem pomoc przy kadrze w skokach. Zapał do rajdów jednak pozostał.

W skokach jednak jest pan symbolem. W ubiegły weekend w Wiśle nie było i w zbliżający w Zakopanem nie będzie na trybunach osoby, która by pana nie poznała. To chyba miło mieć taki azyl, do którego można w każdym momencie życia wrócić.

– Oczywiście, na pewno tak jest. Po pierwsze, sporty motorowe nie są tak popularne jak skoki narciarskie. Po drugie, ciężko jest w motosporcie zgromadzić w jednym miejscu kilkunastotysięczną widownię, a w skokach jest to bez problemu do zrobienia. To są jednak zupełnie inne sporty, choć mają pewne cechy wspólne. Jest ich jednak niedużo.

Ubolewam tylko nad tym, że nie mogę być aktywnym sportowcem, a motosport mi to jednak dawał. Teraz nie mam kompletnie czasu na to, żeby gdzieś tam dalej współzawodniczyć.

Z fizycznego punktu widzenia jest jeszcze możliwe, żeby ubrał pan narty i skoczył, czy to raczej marzenia ściętej głowy?

– Oczywiście, że jest, ale ten skok nie byłby taki, jaki bym sobie wyobrażał. Przybyło trochę kilogramów, a poza tym parę lat nie skakałem. Tego się nie zapomina, to jasne, ale technika skoku z moimi kilogramami jest już zupełnie inna.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem