Zamiast podsumowywać pięć lat Metropolii warto zapytać, dlaczego powstała dopiero niedawno. Zamiast chwalić jej dokonania, warto napisać o wyzwaniach, które ją czekają. Bo to, że w ciągu pięciu lat zrobiła więcej niż przez trzydzieści lat udało się KZK GOP, nie ulega wątpliwości. Tak jak to, że najtrudniejsze dopiero przed nią.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W przypadku Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii i pięciu pierwszych lat jej działania o ocenę jest łatwo. Metropolia wrosła w świadomość mieszkańców konurbacji i uporządkowała sprawy, które do tej pory leżały odłogiem (naprawdę wspólny bilet, komunikacja publiczna na lotnisko, porządki z liniami autobusowymi). Podłożyła też podwaliny pod budowę kolei metropolitalnych i budowę velostrad. Pogłębiła współpracę przy wspólnych zakupach energii, miasta GZM kupują razem samochody, tworzą rower metropolitalny.

Mniejsze i większe sukcesy można wymieniać długo. Niedopatrzeń, błędów i porażek też można szukać.

Górnośląsko-Zagłębiowska Metropolia. Łatwo wystawić ocenę

Ale zamiast chwalić lub ganić Metropolię warto zastanowić się, co sprawia, że działa i stała się wzorem dla Łodzi, Trójmiasta czy Wrocławia. Co takiego jest w GZM, że chce być w niej i Pszczyna i Lubliniec?

Odpowiedź jest prosta, ale żeby ją zrozumieć, musimy się nieco cofnąć w czasie. Przecież na Górnym Śląsku i w Zagłębiu małe i duże miasta graniczyły ze sobą od zawsze. Od zawsze w jednym się pracowało, w innym mieszkało, gdzie indziej jeździło na zakupy czy do parku. Jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Nie znamy innej miejskiej rzeczywistości.

Rzecz w tym, że przez wiele lat była ona inna niż być powinna. Dwa państwowe twory, czyli Przedsiębiorstwo Komunikacji Tramwajowej i Wojewódzkie Przedsiębiorstwo Komunikacji były codziennym testem metropolitalności regionu. Różnie z tym bywało.

Coś się dopiero zmieniło w 1991 r., kiedy powstał KZK GOP. Przez trzydzieści lat ten związek komunalny nie dokonał tego, czego Górnośląsko-Zagłębiowska Metropolia zrobiła w pięć lat. Ale KZK GOP był samorządowym tworem. Kontrolowali go wójtowie, burmistrzowie i prezydenci, a nie państwowy urzędnik i to była największa zaleta KZK GOP. Tak naprawdę dostaliśmy to, czego sami chcieliśmy. Ważne jest też coś innego. To w KZK GOP miasta uczyły się ze sobą współpracować. Czasem bywało to trudne. Gliwice czy Bytom zupełnie poważnie kiedyś rozważały „rzucenie papierami" i samodzielne próby zorganizowania sobie komunikacji. Skończyło się na niczym, a więc szczęśliwie dla mieszkańców.

KZK GOP na ile potrafił, na tyle organizował komunikację w regionie i nie ma przesady w stwierdzeniu, że był ersatzem prawdziwej metropolii. A może jej szkołą? Trudno jednoznacznie powiedzieć.

Dlaczego musieliśmy czekać tak długo?

Większe pretensje niż do historycznego już KZK GOP należy mieć do wszystkich śląskich polityków, którzy od 1989 r. twierdzili, że zależy im na dobru regionu. Tak im zależało, że ograniczali się do nic nieznaczących deklaracji i obietnic tworzenia „śląskich lobby" w Sejmie. Ależ byliśmy naiwni wierząc, że to się może udać! Testem intencji były bowiem nie słowa, ale rezultaty działania. Z tym było kiepsko. Czasem wręcz fatalnie. Posłowie i senatorowie w końcu się zreflektowali, a może wreszcie też posłuchali śląskich i zagłębiowskich samorządowców, którzy co jakiś czas upominali się o specjalną ustawę dla regionu. Nie od razu potrafili ją nazwać. Krążyły więc pomysły o ustroju „warszawskim" dla miast Górnego Śląska i Zagłębia, nowym związku komunalnym, jednym wielkim mieście oraz o powiecie metropolitalnym. Prawnicy polityczne deklaracje brali na serio i pisali kolejne projekty ustaw. Politycy prawników nie traktowali poważnie. Za pierwszych rządów PiS (2005-2007) zabrakło woli politycznej do uchwalenia ustawy metropolitalnej, ale przynajmniej o sprawie zrobiło się głośno. Coraz więcej osób zdawało sobie sprawę, że coś w konurbacji katowickiej nie gra. Że czegoś brakuje, ale nie do końca było wiadomo czego. Bo jak prezydentowi jednego albo drugiego miasta wprost powiedzieć, że w pojedynkę jego miasto znaczy w Polsce niewiele, w Europie tyle co nic, zaś w skali świata nie widać, go nawet na mapie miejsc wartych uwagi? I jak przekonać przekonanego o swojej wyjątkowej roli wójta, burmistrza i prezydenta, że jeśli nie zacznie współpracować z sąsiadami, to przegra z innymi dużymi organizmami miejskimi? Że jego młodzi, zdolni i ambitni mieszkańcy będą wyjeżdżać do Krakowa, Poznania, Wrocławia i Warszawy nie tylko po to, żeby studiować, ale żeby wygodnie żyć?

Dyskusje trwały. Klimat do współpracy miast był sprzyjający. Wtedy znów wszystko zepsuli politycy. Platforma Obywatelska tak się zabierała do ustawy metropolitalnej, że uchwaliła ją dopiero na koniec swoich rządów, jakby trochę z łaską i słowami: To teraz musicie na nas głosować. Żałosne.

PiS jednak też zrobił swoje. Przeciągnął powołanie Metropolii, uchylił ustawę i uchwalił jej własną wersję, która od tej platformianej nie różni się prawie niczym. No i w końcu, pięć lat temu Metropolia zaczęła działać.

Pięć lat Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii

Zamiast podsumowania wolę napisać, co ją czeka. Dzięki temu, że rządzą nią samorządowcy z krwi i kości, a nie partyjni nominaci, którzy przeszli warszawskie i sejmowe sito można być optymistą. Prezydenci już wiedzą, że jeśli nasz region ma się rozwijać, to muszą ze sobą współpracować. Wiem, że niektórzy liczą na to, że samorządowcy pokłócą się o składkę na autobusy, rozkład jazdy albo inne niewarte większej uwagi drobiazgi. Wtedy będzie można ogłosić, że Metropolia to porażka i strata czasu oraz pieniędzy. Niestety, raczej nic z tego. Samorządowcy zbyt dużo mają do stracenia, by odpowiadać na krzyki o igrzyska. Stawką jest to, czy będą mieli czy i dla kogo zarządzać. Nie ma w tym słowa przesady.

Metropolia wyludnia się, starzejemy się, miasta się rozlewają, jeśli gdzieś przybywa mieszkańców, to w gminach, które za chwile będą miały problem z budową szkół, przedszkoli oraz organizacją codziennego funkcjonowania miasta.

Nie ma ważniejszego wyzwania niż zatrzymanie tu mieszkańców. To może się udać. Żadne miasto nie jest skazane na porażkę. Nie zobaczymy jej, jeżeli samorządowcy będą traktowali swoje miasta jako część Metropolii, jej ważną i żywą składową. Uda się, jeżeli będą traktować Metropolię jako coś swojego i bliskiego, a nie jeszcze jedną instytucję, która organizuje im komunikację i coś próbuje narzucić. Uda się, jeśli samorządowcy zaczną się jeszcze uważniej słuchać, podpatrywać i kopiować dobre rozwiązania i jeszcze więcej rzeczy robić wspólnie. Komunikacja? Tak jest w naszych warunkach kluczem, ale za nią idą inne wyzwania: edukacja, służba zdrowia, planowanie rozwoju, przyciąganie inwestorów, kultura.

Pięć lat Metropolii to dobry początek, by uratować nasz region. Pytanie tylko, czy się uda.

Przemysław Jedlecki
W "Wyborczej" pracuje od 2000 roku. Pisze o miastach, polityce i komunikacji. Autor projektu Miasta Idei, wydawca serwisu katowice.wyborcza.pl
Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Jest co poprawiać po poprzednikach. Na przykład odbudować zlikwidowane linie tramwajowe, kilka nowych też by się przydało. Chyba już nikt nie wierzy w bujdy, że autobus w mieście lepiej daje sobie radę. To widać, słychać i czuć. Warto by też pomyśleć o adaptacji choć niektórych likwidowanych linii kolejowych dla potrzeb komunikacji pasażerskiej.
    już oceniałe(a)ś
    2
    0
    Systemy parkowania do poprawy. Nie może być tak że w każdym mieście jest inny operator i inne zasady. To samo z rowerami miejskimi. Tramwaje w GOP do poprawy. Korekty tras by się przydały. Ale co tam tak jak Niemcy to zaprojektowali, komuna ciut rozwinęła, a po wejściu do UE tylko pochylnia w dół. Pomysły zgłaszane przez mieszkańców na różnego rodzaju forach powinny być również dyskutowane na spotkaniach władz metropolii, a nie spławiane pod hasłem niedasizmu.
    już oceniałe(a)ś
    0
    0