Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Magdalena Warchala: Zanim zdiagnozowano u pani raka piersi, pamiętała pani o badaniach profilaktycznych?

Renata Mirska: Byłam bardzo wyczulona na tym punkcie. Co miesiąc wykonywałam samobadanie, raz w roku chodziłam na USG. Dlatego pewnego poranka, sześć lat temu, gdy zobaczyłam plamy na nocnej koszulce, zaniepokoiłam się i natychmiast zgłosiłam do lekarza. Dostałam skierowanie na USG, refundowane przez Narodowy Fundusz Zdrowia, ale byłam tak przejęta, że postanowiłam zbadać się także prywatnie. Jedno badanie wykazało, że nic mi nie dolega, ale drugie ujawniło w piersi gruczolakowłókniaki. Lekarka uspokajała, że to nic takiego, trzeba po prostu obserwować. Ja jednak wyczytałam, że taki rodzaj guzków może się zezłośliwić. Miałam złe przeczucia. Poprosiłam o skierowanie na kolejne USG i choć usłyszałam od lekarki, że przesadzam, to nie dawałam za wygraną. Chciałam usunąć te guzki, dlatego z własnej inicjatywy umówiłam się na zabieg. Termin wyznaczono mi za trzy miesiące. Pojechałam na narty, starałam się odsunąć czarne myśli. Krótko po zabiegu zadzwonił telefon i otrzymałam cios jak pięścią w brzuch. Usunięte guzy przebadano w laboratorium i okazało się, że były złośliwe. Czekała mnie mastektomia. Miałam 38 lat, a mówi się, że większość przypadków raka piersi dotyczy starszych kobiet, po menopauzie. Jednak obecnie choruje coraz więcej młodych osób. Dlatego apeluję do wszystkich: jeśli podświadomie czujecie, że z waszym ciałem coś jest nie w porządku, to nawet jeśli lekarz was uspokaja, skonsultujcie się z innymi specjalistami. To na pewno nie zaszkodzi.

Co było, gdy usłyszała pani, że ma raka?

– Długie leczenie. Usunięto mi pierś, poddano chemioterapii i radioterapii, a także rocznej terapii herceptyną i pięcioletniej hormonoterapii.

Jak sobie pani wówczas radziła?

– Postanowiłam, że chorobę i terapię potraktuję jak kolejne doświadczenie życiowe, etap przejściowy. Pomyślałam, że skoro lekarze chcą mnie leczyć, to znaczy, że mam szansę wyzdrowieć. Oczywiście bywały trudne momenty, zwłaszcza w czasie chemioterapii, kiedy wypadały mi włosy, puchłam, wymiotowałam. Ale kiedy czułam się lepiej, starałam się żyć normalnie. Niemal cały czas pracowałam. Zwolnienie lekarskie brałam tylko, gdy musiałam. Znajomi się dziwili, ale mnie było to potrzebne. Także mąż nie pozwalał mi poczuć, że jestem poważnie chora. Czasami wydawało mi się, że traktuje moją chorobę jak cięższe przeziębienie. Miałam nawet żal, że nie zawozi mnie na chemioterapię, a kiedy wracam, pyta, czy zrobię obiad. Teraz wiem, że to było dobre dla nas obojga. U męża zadziałał psychologiczny mechanizm wyparcia, który pozwolił mu poradzić sobie z trudnymi myślami. Za to nade mną nikt się nie użalał, dlatego sama też tego nie robiłam. Oczywiście, mąż mi pomagał i wyczuwał, w jakich momentach pozwolić mi odpoczywać, a w jakich mobilizować do działania. Życiowa aktywność w czasie leczenia jest niezwykle ważna. Przyjaciółka ze szkolnej ławki, urodzona tego samego dnia co ja, zachorowała na raka dziesięć lat wcześniej. Kiedy dowiedziała się o mojej diagnozie, poradziła mi: „Renia, żyj normalnie. Absolutnie nie kładź się do łóżka, bo będzie po tobie”.

Jak wspierać bliską osobę, która walczy z rakiem?

– Przede wszystkim traktować ją tak jak wcześniej. Bywa, że gdy dowiadujemy się, iż ktoś z naszego otoczenia ma nowotwór, to nie dzwonimy do niego, nie zapraszamy na spotkania towarzyskie, bo wydaje nam się, że ta osoba musi teraz leżeć w łóżku, jest skupiona na chorobie, nie ma nastroju na zabawę. To niedopuszczalne! Leczenie nowotworu jest długotrwałe i czasami są gorsze momenty, ale w pozostałych okresach pacjent możne normalnie funkcjonować. Kontakty z przyjaciółmi, krewnymi, rozmowy, wspólne wyjścia, są potrzebne. Rak to choroba jak każda inna. Jeden ma cukrzycę, inny zapalenie ucha, a ktoś inny nowotwór. Nie należy go z tego powodu wykluczać z towarzystwa.

Czy to potrzeba kontaktu z ludźmi sprowadziła panią do Śląskich Amazonek?

– Na pierwsze spotkanie do klubu poszłam po roku od diagnozy, posłuchać jakiejś prelekcji. Pomyślałam, że sama też mogłabym przygotować prezentację dietetyczną. Prowadzę działalność gospodarczą w zakresie technologii żywności. Jeżdżę do zakładów spożywczych jako konsultantka do spraw jakości, jestem też doradcą żywieniowym.

Fot. Anna Lewańska / Agencja Gazeta

Temat diety w chorobie nowotworowej budzi emocje, chorzy starają się zmienić sposób odżywiania, żeby wspomóc proces leczenia. Postanowiłam porozmawiać o tym z koleżankami z klubu. Coraz bardziej angażowałam się w jego działalność, aż w końcu ówczesna prezes zaprosiła mnie do zarządu. Przynależność do Amazonek pozwoliła mi poznać wspaniałe kobiety z podobnym do mojego problemem. Jesteśmy grupą samopomocową: organizujemy sobie rehabilitację, jeździmy na basen, zapraszamy ekspertów, promujemy również profilaktykę wśród zdrowych kobiet, organizując rozmaite akcje i imprezy. Dzielimy się też pasjami. Choroba sprawiła, że wiele z nas zaczęło żyć intensywniej, bo nie chcemy odkładać marzeń na później. Iwona z Zabrza każdą wolną chwilę spędza w górach lub tańczy zumbę. Asia z Sosnowca uwielbia żeglowanie i trekkingi w górach. Ja przed chorobą dużo podróżowałam. Byłam m.in. w Chinach, Indiach i Nepalu. Trzy lata temu namówiłam męża i naszego syna Borysa, wówczas siedmioletniego, na wyprawy do Singapuru, Malezji, Tajlandii i Gruzji. Wkrótce wybieramy się razem do Wietnamu. Moim największym marzeniem jest jednak wprawa z Iwoną i Asią do źródeł Amazonki.

Skąd taki pomysł?

– Tylko w Polsce kobiety, które zachorowały na raka piersi, nazywa się amazonkami. Tak jak rzeka otrzymała nazwę od walecznych Amazonek, tak i my jesteśmy waleczne. W trakcie podróży chcemy spotkać się z rdzennymi mieszkańcami Amazonii, m.in. z Peruwiankami z organizacji Club de la Mama, wspierającej osoby chore na raka piersi. Chcemy też nauczyć się rozpoznawać rośliny lecznicze o antyrakowych właściwościach, rosnące w lasach deszczowych. Są stosowane od wieków przez mieszkańców Amazonii, a w Europie wykorzystuje się je do produkcji leków. Podczas podróży będzie nam towarzyszyć przewodniczka i dziennikarka z mikrofonem, a my same będziemy robić zdjęcia i kręcić filmy. Po powrocie chcemy zrealizować film z podróży i wydać elektroniczny przewodnik po Peru, skierowany do osób doświadczonych chorobą nowotworową. Pragniemy zwrócić uwagę, że nawet w takiej sytuacji można w pełni korzystać z życia. Zależy nam również na nagłośnieniu zjawiska coraz częstszych zachorowań na raka piersi wśród kobiet młodych. Chciałybyśmy wyruszyć w maju. Na razie zbieramy środki na realizację projektu, promując go podczas organizowanych przez nas imprez i spotkań.

***

Zapraszamy na sobotę 28 września

„Gazeta Wyborcza” w Katowicach zaprasza na wydarzenie „Łap za biust”. 28 września w godz. 13-16 będziemy na was czekać na piętrze -1 Supersamu w Katowicach. W programie: nauka samobadania piersi na fantomach, konsultacje ze specjalistami, rozmowy z amazonkami, joga na wesoło. Dzieciom zapewniamy opiekę animatorek.

Konsultacji udzielać będą: dr Michał Jarząb, onkolog (godz. 13-14.30), dr Roman Szypowski, onkolog, radioterapeuta (godz. 14.30-16), a przez całą imprezę Katarzyna Turek-Kawecka, dietetyk kliniczna, wspomagająca żywieniowo pacjentów w trakcie leczenia onkologicznego, Agnieszka Golda, kosmetolog, linergistka, specjalistka od rekonstrukcji brodawki piersiowej makijażem permanentnym i likwidacji blizn pooperacyjnych, Anna Koczotowska, koordynator leczenia onkologicznego w ramach projektu S.O.S. RAK, oraz Dorota Piędel, pielęgniarska, specjalistka pielęgniarstwa onkologicznego, a także katowickie amazonki: Renata Mirska, Joanna Madejczyk i Małgorzata Dyduch

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.