Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Spotkanie z Anglią w ramach eliminacji do mistrzostw świata w Stanach Zjednoczonych odbyło się 29 maja 1993 roku. Po ćwierćwieczu mało kto pamięta już szczegóły tego meczu.

Starcia z policją

Mało kto pamięta, że przed spotkaniem omal nie doszło do buntu zawodników (padła nawet groźba zbojkotowania treningu), bo kadra miała kłopoty ze... sprzętem, a przecież w tamtej drużynie byli zawodnicy grający na co dzień w ligach zachodnich, więc tego rodzaju problemy były już dla nich egzotyką (selekcjoner Andrzej Strejlau wspominał potem, że reprezentacja zagrała w strojach dostarczonych w ostatniej chwili, gdzie orła naszywano na koszulki... Hamburger SV). Mało kto pamięta, że angielscy piłkarze zajęli w katowickim hotelu Warszawa aż 110 pokoi i że – co wówczas nie było codziennością – przyjechali z własnym kucharzem, który nadzorował przygotowywanie posiłków.

Mało kto pamięta, że Polska wyszła na mecz aż trzema napastnikami i mogła tamto spotkanie wygrać, długo prowadząc po lobie obrońcy Dariusza Adamczuka. O remisie zdecydował jednak gol stracony 7 minut przed końcem (strzelił go as Arsenalu Ian Wright, w tamtym meczu rezerwowy).

Mało kto pamięta, że polscy piłkarze – Jarosław Bako, Piotr Czachowski i Roman Szewczyk – schodzili z płyty, wręcz płacząc ze złości, że się nie udało.

Niektórzy pamiętają jeszcze zmarnowaną stuprocentową okazję napastnika Marka Leśniaka, który przejął podanie od angielskiego bramkarza i w idealnej sytuacji uderzył obok słupka. Reakcja komentującego tamto spotkanie Dariusza Szpakowskiego przeszła do historii: „Aj, Jezus Maria...”.

Wszyscy już za to pamiętają, że w trakcie meczu doszło do gorszących zamieszek. „Na obrazie meczu cieniem położyły się wydarzenia na trybunach, gdzie polscy chuligani wywołali starcia z policją” – donosił przedstawiciel francuskiej AFP. „Porażka z Polską rozwiałaby nadzieje Anglików na awans do finałów mistrzostw świata. Awanturujące się na Stadionie Śląskim grupy pseudokibiców nie były od siebie odpowiednio odizolowane” – zaznaczył z kolei wysłannik Reutera.

Fatalnie było niestety już przed meczem. 20-letni kibic ze Szczecina nie zobaczył spotkania. Zadany mu w tramwaju jadącym z centrum Katowic na stadion cios nożem w brzuch okazał się śmiertelny...

Na skobel

Pierwsza połowa lat 90. to niestety okres rozpleniania się bandytyzmu na polskich stadionach, meczom ligowym towarzyszy fala burd i przemocy. Stadion Śląski staje się najsłynniejszą ofiarą tego rozwydrzenia.

W tamtych czasach żaden stadion w Polsce nie spełniał kryteriów bezpieczeństwa. Obiekty były przestarzałe pod względem architektonicznym i zaniedbane. Kibice, który zaczęli wyjeżdżać na mecze za granicę, z zazdrością przyglądali się innym stadionom.

W naszym kraju siadało się jeszcze nie na numerowanych krzesełkach, tylko drewnianych ławkach (w ekstremalnych sytuacjach służących jako broń w walce kiboli). Bariery oddzielające sektory były właściwie symboliczne i nie stanowiły żadnej przeszkody dla kibolskiej tłuszczy.

„Módlmy się, żeby za wybryki nieodpowiedzialnej grupy kibiców nie dość sprawnie powstrzymywanej przez policję nie zamknięto nam tego wspaniałego stadionu na skobel. (...) Atmosfera Stadionu Śląskiego jest nieporównywalna z niczym innym i tu właśnie trzeba grać wszystkie eliminacyjne mecze” – pisał Paweł Zarzeczny w „Piłce Nożnej”. Jednak wykrakał: UEFA po tym spotkaniu zawiesiła Stadion Śląski. Potem wprawdzie decyzję cofnęła, ale w międzyczasie okazało się, że obiekt wymaga jednak nie tylko „kosmetycznych” konserwacji, ale przede wszystkim gruntownego i bardzo kosztownego remontu – a właściwie modernizacji. Właśnie tamten mecz miał ogromny wpływ na fakt, że Śląski musiał się zmienić i że dziś wygląda jak wygląda.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.