Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Przemysław Jedlecki: Po latach obietnic coś się zmieni na mysłowickim rynku i w okolicy? 

Dariusz Wójtowicz, prezydent Mysłowic: - Chcemy ogłosić duży konkurs architektoniczny na wizję przemiany całego starego miasta w Mysłowicach. Słowo się rzekło jakiś czas temu i trzeba zrobić wszystko, co w naszej mocy, by go dotrzymać. Kluczowe będzie nie tylko przygotowanie prac, ale też pozyskanie na to pieniędzy. Prowadzimy rozmowy w tej sprawie i liczę, że uda nam się otrzymać wsparcie np. z unijnego Funduszu Sprawiedliwej Transformacji. Na szczegóły na razie za wcześnie. Ale myślimy nie tylko o publicznych pieniądzach. Chcemy przyciągnąć do centrum Mysłowic również prywatnych inwestorów, aby pomogli nam odbudować wyburzoną przed laty północną pierzeję rynku.

Rozmawialiśmy z mieszkańcami na warsztatach i podkreślali, że centrum Mysłowic jest z jednej strony zaniedbane, ale z drugiej, to tak naprawdę piękne miejsce. Co jest tu takiego wyjątkowego? 

- Świetny klimat. To naprawdę szczególne miejsce, gdzie mieszkają fantastyczne osoby z energią, fantazją i pomysłami na działania kulturalne czy rekreacyjne. Ludzie są aktywni i zorganizowani. Ważne jest też, że się znają. Nie ma tu poczucia wyobcowania, co się zdarza w dużych miastach. Zaletą tego miejsca jest też bliskość parku Zamkowego oraz Promenady. W obu tych miejscach trwają prace i połączymy je drogą rowerową oraz szlakiem pieszym.

A co irytuje? 

- Mnie najbardziej denerwuje nasz mysłowicki „rura park”, czyli rurowa konstrukcja w miejscu wyburzonej pierzei. To nas kompromituje. Jak można było postawić coś takiego tymczasowo w środku miasta, a potem trzymać to przez następne 20 lat? Zaraz się okaże, że te rury są pod ochroną konserwatorską. Serio - jak można było nie szukać przez dwie dekady pomysłu na zabudowę tego miejsca? Jak można było nic z tym nie robić? To wstyd. Dla mnie te rury to symbol zniszczenia rynku i jego okolicy. Pozbawiano nas atmosfery, stworzono jakiegoś potworka, który tak naprawdę stał się symbolem bylejakości i dobił to miejsce.

Łatwo powiedzieć: Zbudujmy coś. Ale co? 

- Jako mieszkaniec, nie prezydent, chciałbym, żeby ta część rynku żyła. Chciałbym, żeby ktoś tu mieszkał. Może studenci, którzy do tej pory mieli problem z wynajmowaniem mieszkań w Mysłowicach i musieli wybierać inne miasta, gdzie za lokal trzeba płacić o wiele więcej? Jestem przekonany, że obecność młodych, aktywnych osób zmieniłaby funkcjonowanie rynku i okolicy. Ale to nie wszystko. Od mieszkańców słyszymy, że brakuje nam porządnej biblioteki i miejsca spotkań, a więc też obiektu z kawiarnią czy restauracją. Nie możemy też zapominać o nowej zieleni czy małej architekturze, żeby dało się tu przyjemnie usiąść i spotkać się.

Stowarzyszenie Architektów Polskich ma ogłosić konkurs na koncepcję przemiany starego miasta w Mysłowicach. Skąd taki pomysł? 

- Mieszkam w Mysłowicach od 49 lat. Jestem autochtonem, nie potrafię myśleć i mówić o mieście bez emocji. Nie potrafię złapać dystansu. Uważam, że taki konkurs powinien być nie tylko krytycznym przejrzeniem się w lustrze. Ktoś jeszcze powinien nam powiedzieć, co trzeba tu zmienić. Architekci, osoby fachowe z chłodnym, ale merytorycznym dystansem są nam w stanie powiedzieć prawdę. Nawet jeśli ta prawda okaże się niemiła. Uważam też, że konkursy architektoniczne to najlepsza metoda zdobycia projektu, szczególnie jeśli chodzi o ważne inwestycje. Samorządowiec nie powinien realizować swoich własnych wizji architektonicznych, ponieważ zwykle kończy się to katastrofą. Trzeba polegać na ekspertach.

Można było jednak zorganizować konkurs tylko na projekt czy koncepcję północnej pierzei. A wy chcecie mieć przepis na niemal całe śródmieście.

- Ponieważ nie chcemy zadbać tylko o rynek, ale o całą okolicę. Jasne, że najważniejsza jest zabudowa tej nieszczęsnej pierzei i chcemy zrobić to tak szybko, jak się da. Ale to wciąż będzie za mało, by pobudzić stare miasto gospodarczo i kulturalnie, by przyciągnąć tu ludzi nie tylko na wydarzenia, ale też zachęcić ich do zamieszkania tutaj. W dodatku skoro już teraz prowadzimy remonty np. w parku Zamkowym, będziemy remontować ulice i tworzyć deptaki, to warto mieć szerszy pomysł na całość. Już pracujemy na starym mieście i zabieramy się do uciepłownienia budynków. Ale nasze działania ktoś musi spiąć w całość i pokazać, gdzie np. stworzyć miejsce wypoczynku, gdzie powinien być kolejny deptak, a gdzie zostawić samochody, gdzie powinna być zieleń, a gdzie miejsce na parking. A potem będziemy punkt po punkcie, ulica po ulicy te pomysły architektów realizować.

To potrwa całe lata.

- Owszem. To projekt na co najmniej dwie dekady, ale to wcale nie tak długo, jeżeli będziemy pamiętać, że nasze miasto było niszczone od lat 90. Potrzebujemy czasu, by zrobić kanalizacje, wyremontować kamienice oraz podwórka, pozbyć się smogu czy poprowadzić światłowody. Czasu wymaga też zmiana najemców lokali użytkowych. Nie chcemy hurtowni i składów w centrum miasta. Chcemy też, by w centrum zamieszkało więcej osób, które chcą mieć duże mieszkania i których będzie stać na ich utrzymanie. Nowi mieszkańcy przyciągną do starego miasta nowy biznes, nowe lokale usługowe i sklepy, a my zadbamy o przestrzenie publiczne. Nie stanie się to od razu, ale chcę wszystko przygotować tak, by plany były na tyle dobre, aby nikt ich nie zmieniał, tylko realizował.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.