Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Przemysław Jedlecki: Skąd wziął się pomysł, by zadbać o położoną na uboczu Osadę w tyskim Czułowie?

Hanna Skoczylas, wiceprezydent Tychów: Historia tego miejsca jest bardzo długa. Osada ma przecież ponad sto lat. Powstała jako skromne osiedle robotnicze przy wytwórni celulozy, potem papieru. Przez wiele lat mieszkali tu pracownicy papierni, domami zarządzała spółdzielnia zakładowa. Tychy jako miasto przejęły Osadę dopiero w 1993 r.

Jak wyglądały wówczas budynki?

– Nie były w najlepszym stanie. Miasto zaczęło wykorzystywać położone tu mieszkania jako lokale socjalne dla osób, które miały kłopoty z opłatami czynszowymi w innych miejscach. Wybrano to miejsce, ponieważ Tychy są miastem stosunkowo młodym, a przepisy, które mówiły wtedy o lokalach socjalnych, narzucały pewne rozwiązania, jeśli chodzi o standard.

Po paru latach okazało się, że konieczne są tu kolejne remonty, czasem większe, czasem drobne. Budynki musieliśmy też dostosować do przepisów przeciwpożarowych. Chodziło m.in. o zmiany np. na klatkach schodowych. Pierwsze remonty wykonaliśmy w 2010 r. Potem silne gradobicie zniszczyło nam cztery dachy. W czasie prac naprawczych zaczęliśmy się zastanawiać, czy można poprawić coś więcej, zmienić bardziej to miejsce. Tak zrodził się pomysł, by podnieść nieco dachy i na strychach urządzić mieszkania.

I na tym koniec?

– Nie. Wiedzieliśmy, że to miejsce wymaga troski. MZBM mówił np., że konieczny jest solidny remont, że warto pomyśleć o termomodernizacji tych zabytkowych domów. Pomysł na zmiany w Osadzie wpisaliśmy do Lokalnego programu rewitalizacji. W międzyczasie zaczęliśmy szukać pomysłów, jak pomóc mieszkańcom. Z jednego, a potem z dwóch mieszkań stworzyliśmy świetlicę środowiskową, z której mogą korzystać dzieci. Gospodarzem był tu MOPS, świetlica okazała się dobrym pomysłem. Wiedzieliśmy dwie rzeczy: że budynki potrzebują remontu, a mieszkańcy lubią i cenią to miejsce, musimy więc myśleć nie tylko o murach, ale też o ludziach.

Na remont udało się w końcu zdobyć unijną dotację.

– Tak. Z unijnych funduszy otrzymaliśmy ponad 6 mln zł, choć rzeczywiste koszty inwestycji w Osadzie były dwa razy wyższe. Stało się tak, ponieważ musieliśmy zaktualizować projekt przebudowy. Pojawiły się też dodatkowe prace, których nie można było uznać za tzw. koszty kwalifikowane, więc część dodatkowych wydatków miasto musiało wziąć na siebie. Trudno przecież w czasie ocieplania budynków nie wymienić stropów czy nie podnieść dachów – tak jak radzili nam fachowcy.

Ważne było też to, że remontu chcieli sami mieszkańcy. Zanim przystąpiliśmy do prac, spotykaliśmy się z nimi i dokładnie wyjaśnialiśmy, co chcemy zrobić i dlaczego. Nie chcieliśmy nikogo stawiać przed faktem dokonanym, zwłaszcza że remont wiązał się dla części mieszkańców z paromiesięczną wyprowadzką do innego mieszkania. Ich zrozumienie i chęć zmian wpłynęły na powodzenie całego projektu.

Budynki z czerwonej cegły były ocieplane od środka.

– Tak. W mieszkaniach zamontowano grube na 15 cm specjalne płyty wypełnione materiałem izolacyjnym. W efekcie wewnątrz mieszkania się nieco zmniejszyły. Zależało nam jednak na tym, żeby zostawić na zewnątrz tę piękną czerwoną cegłę. Powód był prosty: w Tychach jest wiele budynków z wielkiej płyty i ceglanych, ale z tynkiem na elewacji z lat 50. czy 60. Tu mamy do czynienia z charakterystycznym osiedlem patronackim. Niewielkim, ale pięknym. To po prostu kawałek naszej historii, źle by było, gdybyśmy troszcząc się o remont, tak naprawdę zniszczyli część naszego tyskiego dziedzictwa. To miejsce ma swój urok i charakter. Ocieplone styropianem ceglane domy straciłyby na atrakcyjności.

A co z ogrzewaniem?

– Wyrzuciliśmy wszystkie piece na węgiel z mieszkań. Budynki są ocieplone, więc opłaca się je ogrzewać gazem. W każdym lokalu jest dwufunkcyjny piec, każdy lokator ze zużycia gazu rozlicza się indywidualnie.

Jak mieszkańcy reagowali na te zmiany?

– Powiem zupełnie szczerze, kiedyś Osada nie cieszyła się dobrą opinią. Dzięki rewitalizacji to się zmieniło. Dla ludzi, których losy potoczyły się czasem różnie, to miejsce jest dobrym miejscem do życia. Mieszkają na uboczu, ale nie są zapomniani i zostawieni sami sobie. To tacy sami tyszanie jak ci z centrum czy innych dzielnic miasta. Od samego początku traktowaliśmy ich po partnersku, wyjaśnialiśmy, że owszem, remont będzie uciążliwy, że będzie hałas, trochę bałaganu, ale że na koniec korzyści będą widoczne gołym okiem. I dziś mieszkania są ładniejsze, ciepłe. Każdy, kto czuje się związany z tym miejscem i żyje tu od lat, podkreśla, że właśnie o taką zmianę chodziło. Dużą, ale z zachowaniem architektury i szacunkiem dla historii i ludzi. Mieszkańcy mówią, że dobrze im się tu żyje. Remont był okazją do wyprowadzki stąd na stałe, ale niewielu się zdecydowało – woleli wrócić na Osadę.

Gdy rozmawialiśmy podczas debaty w ramach Miast Idei, mówiła pani, że w planie są tu jeszcze inne prace.

– Chcemy zadbać o podwórka. Chodzi o to, żeby poprawić zieleń w tym miejscu, tak by przestrzeń między budynkami stała się bardziej przyjazna. Jesteśmy już po pierwszym przetargu na część prac. Mam nadzieję, że w czerwcu pierwsze efekty będą widoczne. Współpracujemy też z osobami zajmującymi się zielenią w mieście, korzystamy z ich rad przy wyborze roślin do nasadzeń, by pasowały do całości. Planujemy też ogłoszenie kolejnych przetargów na prace przy następnych podwórkach.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.