Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Przemysław Jedlecki: Co się zmieniło w Tarnowskich Górach od marca, kiedy wybuchła epidemia koronawirusa?

Arkadiusz Czech, burmistrz Tarnowskich Gór: – Łatwiej byłoby powiedzieć, co się nie zmieniło. Z punktu widzenia urzędu to pierwsze, czym się zajęliśmy, to bezpieczeństwo pracowników i mieszkańców. Przeorganizowaliśmy pracę urzędu tak, by ograniczyć bezpośrednie kontakty międzyludzkie. Gdy zdarzyło się, że ktoś w urzędzie zachorował, to natychmiast wysyłaliśmy ludzi na kwarantannę, nawet jeśli mieli z zakażoną osobą daleki, wręcz przelotny kontakt. Podzieliliśmy też zespół tak, by zdalnie zawsze pracowała połowa urzędników. Przy okazji, gdy się okazało, że mamy pracować więcej przez internet, trzeba było trochę dokupić ludziom sprzętu. Przyda się też później.

Przestaliście wpuszczać ludzi do ratusza? Zamienił się w oblężoną twierdzę?

– Nie ma w tym złej woli, myślę, że mieszkańcy to rozumieją. Wystawiliśmy urnę na korespondencję. Jeżeli ktoś ma jakąś sprawę do załatwienia, to jest przyjmowany w holu, tak żeby nie musiał krążyć po urzędzie. Rzeczywiście pracujemy trochę jak w warunkach wojennych, ale to dla bezpieczeństwa wszystkich.

Koronawirus niszczy kontakty z ludźmi

Podoba się panu takie zdalne zarządzenie miastem? Nikt nie przychodzi, nie skarży się…

– To trudne dla mnie. Od wielu lat, właściwie od zawsze, moja praca polegała na bezpośrednim kontakcie z drugim człowiekiem. Tak było, gdy byłem nauczycielem, tak było zawsze, gdy mieszkańcy powierzyli mi pracę burmistrza. Zawsze żyłem wśród ludzi, spotykałem się z nimi chętnie. To mój żywioł, naturalne środowisko. Brakuje mi tego. Jasne, zarządzam z gabinetu czy domu za pomocą komputera lub telefonu, czasem tradycyjnie podpisuję papierowe dokumenty, ale to nie to samo.

Może za to łatwiej zdalnie jest podejmować trudne decyzje?

– Walczę z tym… Pokusa jest, żeby zostać chłodnym technokratą. Udaje mi się unikać takiego zachowania, ponieważ się pilnuję. Jestem też wnikliwie obserwowany przez najbliższych współpracowników. Jak rozmawiam z kimś twarzą w twarz, to słyszę nie tylko jego opinię w jakiejś sprawie, ale widzę też gesty, wyraz twarzy, dostrzegam, gdzie wędruje wzrok. Mowa ciała podpowiada mi, czy o coś jeszcze dopytać, czy coś jest niejasne albo nie do końca wypowiedziane.

Miasto to nie fabryka, tu najważniejsi są ludzie. A nasze kontakty są dziś odarte z emocji, zaangażowanie w internetową dyskusję jest mniejsze.

Boję się, że gdy pandemia koronawirusa się skończy, to ludziom będzie trudno wrócić do bezpośrednich kontaktów. W jakimś stopniu zostaniemy odludkami. Może ktoś uzna, że tak jest bezpieczniej, wygodniej, ale moim zdaniem to błąd. Człowiek to społeczne „zwierzę”. Potrzebujemy siebie nawzajem. Chciałbym, żebyśmy już wrócili do normalności, ale chyba jeszcze to potrwa.

W marcu, gdy koronawirus przypuścił atak, to samorządy jako pierwsze były na froncie walki.

– My już wiosną zaczęliśmy się „zbroić” do walki z koronawirusem. Zaproponowaliśmy przedsiębiorcom wydłużenie terminów rozmaitych płatności, zrezygnowaliśmy z części opłat za koncesje alkoholowe, umarzaliśmy podatki czy zaległości czynszowe.

W pandemii koronawirusa dużą rolę odegrał strach

Skąd taka reakcja?

– Zupełnie uczciwie powiem, że trochę ze strachu. W pierwszej fazie pandemii, kiedy powstawały uchwały w sprawie pomocy dla naszych przedsiębiorców, baliśmy się, że to wszystko „rąbnie”, że czeka nas absolutna tragedia. Dlatego zadziałało wezwanie „wszystkie ręce na pokład” i robiliśmy wszystko, co można by ułatwić ludziom przetrwanie tego czasu.

Odruch serca czy kalkulacja?

– Uczucia w zarządzaniu miastem są ważne, ale trzeba patrzeć na jego funkcjonowanie chłodno. Musieliśmy kalkulować, na co nas stać, jakie działania przyniosą skutek, a co może ładnie wygląda w mediach, ale tak naprawdę pomocą nie jest. Dziś wiemy, że to, co robiliśmy, miało sens. Nikt nie przysyła nam laurek do urzędu miasta z podziękowaniami, ale widzimy, że nasza pomoc pomogła lokalnym firmom. Po pierwsze ludzie zobaczyli, że w czasie kryzysu nie są sami, po drugie pewne oszczędności na opłatach pozwoliły im złapać oddech.

Jak to się odbije na dochodach miasta?

– Całość miejskiej pomocy to niemal 5 mln zł. Ale w tej kwocie są nie tylko ulgi czy umorzenia dla firm, ale też np. zakup karetki do szpitala powiatowego, wydatki na środki ochronny czy dokapitalizowanie Parku Wodnego, tak żeby nie trzeba było go zamykać.

Do tego dochodzi jeszcze ubytek w podatku PIT. Nasze wpływy zmalały o jakieś 4 mln zł. Ale uczciwie trzeba też powiedzieć, że z rządowego Funduszu Inwestycji Lokalnych dostaliśmy ok. 7 mln zł na wcześniej zaplanowane wydatki. Więc jakieś dodatkowe pieniądze też w budżecie miasta się pojawią.

Tarnowskie Góry. Pomagamy, ale nie czekamy na laurki

Warto było? Można było przyjąć postawę, że przedsiębiorcy sobie poradzą.

– I wielu sobie poradziło. To kwestia ich ciężkiej pracy, którą doceniamy. Ale miasto musi być solidarne, musi myśleć o swoich mieszkańcach. Dlatego jest potrzebna solidarność instytucjonalna, ale też solidarność międzyludzka. Czasem wystarczy mały gest. Ludzie byli i są przerażeni pandemią, jak można ich zostawić samych sobie? Trzeba porozmawiać, zapytać, czasem się zająć. Nie wyobrażam sobie innego zachowania.

Wielu samorządowców martwi się o przyszłość. Co czeka Tarnowskie Góry?

– Wszystko zależy od tego, jak długo pandemia jeszcze potrwa. Już dziś widać, że trochę zbiednieliśmy, że żyjemy trochę na kredyt. Dotyczy to wielu ludzi i wielu samorządów. Ale chyba lepiej się nieco zadłużyć niż położyć całą gospodarkę. Jeżeli pandemia potrwa jeszcze kilka miesięcy, to szybko się odbijemy. Czasem z kłopotów człowiek, ale też instytucja, wychodzi wzmocniona. Wierzę, że tak będzie i teraz.

Właśnie uchwalono przyszłoroczny budżet miasta. Coś z niego wypadło z powodu oszczędności?

– Na inwestycje planujemy ok. 69 mln zł i na szczęście niczego tu nie zmieniliśmy. Najważniejsza jest dla nas budowa centrum przesiadkowego wraz z drogami rowerowymi i tunelem pod torami. To inwestycja współfinansowana przez Unię Europejską, więc terminy nas gonią. To dla nas szansa, by zachęcić mieszkańców do poruszania się rowerem częściej, i nie tylko dla rekreacji. Przebudujemy ul. Sobieskiego. Nie będziemy też rezygnować z budowy kanalizacji. To kwestia rozwoju miasta.

A co z kulturą?

– Chcemy też skończyć z oszczędzaniem na kulturze. W tym roku to konieczne, ponieważ nie można organizować wydarzeń, instytucje kultury są zamknięte. Trudniej działa się naszym organizacjom. Zawsze było u nas wiele wydarzeń i chcemy do tego wrócić. Miasto jest szare bez kultury, traci charakter. Jak tylko sytuacja nam pozwoli, to mogę obiecać, że tu też wróci wszystko do normy. Tarnowskie Góry mają to szczęście, że nie wyludniają się jak inne miasta. Dla ludzi jest ważna kultura, ale też to, że tu jest wszędzie blisko. Część mieszkańców mieszka trochę jak na wsi, ale ma do dyspozycji wszystkie walory miejskości. Chcemy, żeby tak zostało.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.