Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Od początku czerwca 2019 r. swoje życie dzielę między Warszawę (przez kilka dni w miesiącu) i rodzinne Katowice. Sporo się też poruszam po Polsce. W Katowicach i na Koszutce wciąż mieszkam. 11 marca 2020 r. utknąłem w swoim katowickim mieszkaniu. Nie wiedziałem, na jak długo ani na jakich warunkach.

Jako siedmiolatek 13 grudnia 1981 r. bardzo chciałem obejrzeć poranny program dla dzieci w TVP, lecz zobaczyłem śnieżący ekran. Każdy swój dzień od 11 marca 2020 r. zaczynałem od sprawdzenia, czy jest prąd, gaz, woda i sygnał TV. I oczywiście internet. Bez nich byłoby trudno. Media były dostarczane, przyjeżdżały regularnie śmieciarki, kanalizacja funkcjonowała. W zakresie podstawowych usług publicznych moje miasto zdało swój egzamin. W dodatku na bardzo przyzwoitą ocenę.

Pierwsze tygodnie były piekłem

Trudno było nie tylko mnie, ale dwojgu moich nastoletnich dzieci, o które po niespodziewanych niby-feriach upomniały się ich szkoły. I wtedy się zaczęło: licealista miał zajęcia online, a siódmoklasistka otrzymywała od szkoły pakiety zadań na cały tydzień. W międzyczasie moje aktywności przeniesione do sieci także wymagały dobrego połączenia i przyzwoitych warunków.

Pierwsze dwa tygodnie odosobnienia były po prostu piekłem. Zgromadzone pod jednym dachem hormony nastolatków, frustracje dorosłych i lęk przed nieznanym odzywały się głośno i nagle. Potem na szczęście zorientowaliśmy się, że tak już będzie. Że to potrwa. Że skoro mamy dach nad głową, połączenie internetowe ze światem, telewizor możemy wyłączyć, a zapasy makaronu i kaszy w spiżarce jakoś nam wystarczą – to nie jest źle. To wtedy także zacząłem wychylać głowę poza mój fotel i okno, będące tymczasowym gabinetem.

Każdy skazany (czyli więzień), odbywając karę pozbawienia wolności, ma w Polsce zgodnie z art. 112 § 1 Kodeksu karnego wykonawczego prawo do co najmniej godzinnego spaceru. Jako więzień „własnej chaty” postanowiłem z tego prawa skwapliwie korzystać. Codziennie ruszałem na mój obchód dzielnicy. Granice spaceru i mojej trójkątnej okolicy wyznaczały trzy wierzchołki: AAB. „Asza” (park Budnioka), „Alpy” (park Wełnowiecki) i park Bogucki (w sąsiednich Bogucicach). Wąskie ulice pustej Koszutki, na których spotykałem jedynie pojedynczych przechodniów, robiły niesłychane wrażenie.

Codzienny spacer pozwolił mi także odkrywać urok dzielnicy, szczegóły jej ulic, placów i zaułków. Spacer był formą medytacji, momentem zadumy. Przy okazji momentem małych zauroczeń i nawet zachwytów. Zachodzące nad Chorzowem słońce pięknie oświetlało nawet rdzawe bramy koszutkowskich garaży. Przyroda budziła się do życia, a po zaroślach Słonecznej Pętli kicał najprawdziwszy zając. Wreszcie miałem czas to dostrzec. Moja dzielnica jest niewielka, przytulna i można znaleźć w niej wszystko, co potrzebne do życia. Architektura wzbudzała we mnie różne emocje. Przygnębiająco wyglądała pusta Strefa Kultury, a pocieszająco jej ogromny parking – niemal pusty. Trwała w najlepsze budowa biurowców, niezależnie od pory dnia.

Co będzie, jeśli spotkania nie wrócą?

Ilekroć mijałem miejsca tak bardzo naznaczone pobytem i aktywnością ludzi, w szczególności Spodek, MCK czy NOSPR, zastanawiała mnie obecna strategia Katowic, ponoć „miasta spotkań”. Co będzie, gdy tych spotkań nie będzie? Gdzie miejska „druga noga” i kolejne? Gdzie są centra telemedycyny, logistyki czy technologii? Na pewno nie na Koszutce.

Miasto tworzą ludzie. A ludzie praktycznie zniknęli. W połowie marca wypuściłem się na Mariacką, by odebrać wcześniej zamówioną pizzę z ulubionej pizzerii. Miejski deptak wyglądał jak plan filmowy. Nikt jednak nie kręcił tam horroru o inwazji porywaczy ciał czy kosmicznych najeźdźców. Panowały cisza i pustka. Przygotowania restauratorów do sezonu przerwały wirus i decyzje władz. Rozmawiałem z kilkorgiem z nich, słyszałem głównie lęk i niepewność. Na szczęście nie słyszałem głosów rezygnacji. Nie poddawali się. To twardzi i zahartowani w bojach ludzie.

Do z reguły ode mnie młodszych, aktywnych przedstawicieli katowickiej branży gastronomicznej, klubowej i innych drobnych przedsiębiorców mam wielki szacunek. Bycie przedsiębiorcą w Polsce jest już w normalnych warunkach torem przeszkód. W warunkach załamania rynku, niepewności i zmieniających się z dnia na dzień reguł codzienny tor przeszkód pokonują z zamkniętymi oczami i związanymi rękami.

Zatrudnienie w barze znajomego musiało zostać drastycznie ograniczone, firma nagłośnieniowa kolejnego nie miała miesiącami zleceń. Przyjaciele restauratorzy zamykali niedawno otwartą filię swojej flagowej knajpki. Tych małych i jednocześnie wielkich dramatów było coraz więcej. Znajoma fryzjerka, kiedy wreszcie na nowo uruchomiła swój zakład, opowiadała o swoich klientkach. Niektóre straciły źródła dochodów i nie mogły pozwolić sobie na jej usługę. W takich obszarach zabrakło mi łączących inicjatyw miasta, lecz przyznam, że nawet naszej radzie dzielnicy trudno było poza szyciem maseczek, uruchomieniem telefonu zaufania i dostarczaniem zakupów osobom starszym wypracować inne, lepsze rozwiązania.

Niedzielne obiady na mieście są w domu

Postanowiliśmy też wspólnie, rodzinnie, celebrować niedzielne obiady zamiast „na mieście” – w domu. Korzystając z opcji dostawy i nie chcąc, aby znajome restauracje upadły. Bardzo miło było zajadać posiłki z ulubionych knajp, często przywożone z jakimś dobrym słowem czy narysowanym na torbie serduszkiem. Tak można było okazać naszą małą solidarność i bliskość.

Bliskości (mimo koniecznego dystansu) można było też zaznać w lokalnych sklepach. Odwiedzane codziennie placówki handlowe zyskały twarze pracujących w nich handlowców. Tam toczyły się rozmowy, miejsca te były namiastką miejskiego rynku. Przy okazji ci drobni przedsiębiorcy, regularnie zapewniając nam żywność, po prostu utrzymywali nas przy życiu. Warto być im za to wdzięcznym.

W pewnym momencie przestałem oglądać telewizję, mimo rekomendacji Jaya Kaya. Nie słuchałem również polskich stacji radiowych. Przerzuciłem się na BBC2. To wyjątkowy program radia, które poważnie traktuje swoich słuchaczy. Doradza, jak najlepiej dla zdrowia i kręgosłupa pracować zdalnie z domu, jak rozsądnie, mimo izolacji, spożywać alkohol. Około południa słuchacze mogli zadedykować wybraną piosenkę „kurierowi z Essex”, „sklepowej z Liverpoolu”, czyli najważniejszym ludziom w trudnym czasie.

Niestety nie mogłem dodzwonić się do BBC2, zatem tekst dedykuje każdemu przedsiębiorcy z Katowic, a przede wszystkim z Koszutki. Bardzo wam dziękuję.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.