Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Koronawirus wywrócił nam życie do góry nogami. Nawet tak prozaiczna rzecz jak zakupy stała się problemem. Z obawy przed pustymi półkami ludzie rzucili się do sklepów prawie jak w stanie wojennym. I musieli się pogodzić z długimi kolejkami, nawet nocą. Korzystanie z komunikacji zbiorowej zaczęło się wiązać z ryzykiem zakażenia, więc autobusy, tramwaje i pociągi kursowały prawie puste. Lotniska zamarły, bo nie było dokąd podróżować – ani turystycznie, ani w interesach. A korki uliczne zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Skoro zaś spadło zapotrzebowanie na paliwa, obniżyły się też ceny. Urosły tylko zwały węgla przy kopalniach.

Jak byliśmy przygotowani?

A wszystko to przez koronawirusa, o którym jeszcze niedawno politycy wypowiadali się z lekceważeniem, że to zwykła grypa, w dodatku w dalekich Chinach, więc nie ma powodu do obaw. Poradzimy sobie z nią z łatwością – obiecywali. Szybko się okazało, że rzucali słowa na wiatr. Pomimo poświęcenia i ciężkiej pracy lekarzy i całej służby zdrowia koronawirus obnażył cały system opieki zdrowotnej (nie tylko u nas). Widzimy, jak byliśmy przygotowani i jak silne było państwo i jego gospodarka, gdy politycy rządzącego ugrupowania odmawiają bieżących i powszechnych testów nawet lekarzom i personelowi medycznemu. Widzimy, jak gwałtownie spadają nasze dochody, przestajemy być pewni jutra. Wiemy tylko, że już nic nie będzie takie jak przed pandemią koronawirusa.

Miasta zmienią się pierwsze

Większość z nas żyje w miastach i to one w pierwszej kolejności będą musiały się zaadaptować. Wójtowie, burmistrzowie i prezydenci już wiedzą, że łatwo nie będzie. Jeszcze przed epidemią koronawirusa finanse samorządów zostały poważnie uszczuplone za sprawą zmian podatkowych, wyższych pensji minimalnych. Miasto musi też pokryć różnicę między subwencją oświatową a faktycznymi wydatkami na utrzymanie szkół i przedszkoli. W średniej wielkości mieście to nawet kilkadziesiąt milionów złotych rocznie.

Koronawirus, który zaatakował też gospodarkę, stan finansów gmin tylko pogorszy. Pierwsze symptomy kłopotów już widać. Zrzeszający ponad 330 miast Związek Miast Polskich sprawdził, jak zmieniły się tu wpływy z podatku PIT. Dane opracowano na podstawie informacji ze 127 miast.

– Spadek wynosi w porównaniu z I kwartałem 2019 r. 1,2 proc., z tym że w lutym, który zawsze jest „gorszy” od stycznia, wpływy wzrosły o 11,4 proc. w porównaniu z lutym 2019 roku, a w marcu, który jest zawsze jeszcze „gorszy”, spadły aż o 16,2 proc. w relacji do marca 2019 roku – czytamy w opracowaniu. Samorządowcy wprost mówią, że kolejne miesiące będą o wiele gorsze.

A to oznacza, że zmiany dotkną miast w pierwszej kolejności.

Więcej miejsca dla pieszych

Jaka będzie to zmiana? Pierwszą zmianą, z którą mamy do czynienia, jest mobilność. Nagle okazało się, że nasz sposób poruszenia po mieście zmienił się. Autobusy i tramwaje mogą zabrać o połowę mniej pasażerów. Jednocześnie w Polsce, inaczej niż w niektórych krajach, nakazano wyłączenie rowerów miejskich.

Unia Metropolii Polskich (zrzesza 12 największych miast, w tym Katowice) zwracała uwagę, że rowery miejskie są nie tylko urządzeniami służącymi do rekreacji, ale również środkami transportu indywidualnego. – Stanowią istotne uzupełnienie systemów komunikacji miejskiej, zwłaszcza w okresie obowiązywania ograniczeń liczby pasażerów w komunikacji publicznej i problemów z absencją kierowców i motorniczych. Dla wielu osób rowery miejskie są obecnie jedynym bezpiecznym środkiem transportu, umożliwiającym dojazd do pracy, apteki lub sklepu – podkreślała UMP w apelu o zniesienie zakazu korzystania z nich. Nic nie wskórała.

To pokazuje, jaki dzieli nas mentalny dystans od innych miast w Europie. U nas rower jest traktowany jako środek rekreacji, a nie komunikacji w mieście.

A właśnie w czasie, gdy trzeba utrzymać dystans od innych, rower może być świetnym rozwiązaniem. Po pierwsze, jazda na rowerze poprawia ogólny stan zdrowia, w dodatku im więcej osób wybierze dwa kółka, tym więcej miejsca zostanie dla pozostałych w komunikacji publicznej.

Fot. Kamil Gozdan / Agencja Gazeta

Wiedzą o tym np. władze Berlina. Władze tego miasta wyznaczają teraz tymczasowe trasy rowerowe – odgradzając całe pasy ruchu. Tylko na Kreuzbergu w ciągu ostatnich dwóch tygodni wytyczono ich ponad 5 km. Zarząd dróg działa szybko – podejmuje decyzje po konsultacjach z policją. Stawiane są plastikowe słupki, na asfalcie malowane jest oznakowanie – i gotowe. Z trzech albo czterech pasów ruchu jeden służy tylko rowerzystom.

Wiedeń wygania samochody

Austria, która jako pierwszy europejski kraj zaczęła luzować epidemiczne obostrzenia, też się zmienia. W Wiedniu, gdzie ruch samochodowy spadł o 50 proc., wpuszczono pieszych na dwadzieścia ulic. Wszystko po to, żeby ludzie mogli wygodnie i bezpiecznie chodzić po mieście. Utworzono też szereg „miejsc spotkań”, czyli miejskich obszarów w rodzaju naszych rodzimych stref zamieszkania, gdzie piesi mają pierwszeństwo, a samochody mogą jeździć 20 km na godz.

Birgit Hebein, wiceburmistrz Wiednia, wyjaśniała, że w mieście około jednej trzeciej chodników ma mniej niż dwa metry szerokości. To sprawia, że zachowanie pomiędzy pieszymi metra odległości było niemożliwe i w drodze na zakupy czy do pracy musieli korzystać z jezdni.

Jednocześnie naukowcy z Politechniki Wiedeńskiej sprawdzili, gdzie w mieście chodniki mają mniej niż dwa metry i gdzie mieszka najwięcej osób w wieku powyżej 65 lat. Dzięki ich pracy powstała mapa, która pokazuje, gdzie pilnie trzeba poprawić infrastrukturę dla pieszych. Podobnie jest w innych miastach. Auckland w Nowej Zelandii zajmuje w niektórych miejscach jezdnię tymczasowymi pomostami, po których też będą mogli chodzić piesi.

Jako że przyzwyczajenie jest drugą natura człowieka, można założyć, że niemała część z tych zmian zostanie na stałe. Oczywiście nie każde miasto je wprowadzi. Ale to szansa, której nie warto marnować.

Oczywiście są też ryzyka. Być może część miast wybierze inną drogę i postawi na powrót samochodów? To przecież indywidualny, a przez to bezpieczny środek transportu. Pytanie tylko, czy w centrach miast starczy dla nich miejsc parkingowych, których już dziś jest za mało?

Urzędnik z komputera

Nasza mobilność w miastach zmienia się, ponieważ wiele osób pracuje w domach. Przy okazji okazało się, że znakomitą liczbę spraw można załatwić przez internet, za pomocą profilu zaufanego czy elektronicznego podpisu. Być może za chwilę się okaże, że urzędnika nie będziemy spotykać już wcale. Co najwyżej wymienimy z nim kilka maili albo porozmawiamy przez internetowy komunikator. W końcu i tak wszystkie decyzje, które od niego dostaniemy, muszą być na piśmie. Spodziewam się zatem większej niż dziś informatyzacji urzędów, automatyzacji obiegu dokumentów, a w efekcie uproszczenia i ułatwienia kontaktów na linii mieszkaniec–urząd. W pierwszym okresie część urzędów będzie musiała zainwestować w nowe narzędzia pracy, jeśli do tej pory z nich nie korzystała. Będzie to oznaczać wydatki, a jak już wiemy, samorządom nie przelewa się i nic nie wskazuje na to, że tak będzie w najbliższej przyszłości. Ta zmiana przyniesie też negatywne skutki. Może się okazać, że część pracowników trzeba będzie zwolnić z pracy.

Urzędy na pewno też staranniej będą musiały planować inwestycje. Rolą mieszkańców będzie ich większa kontrola. Gdy zaczyna brakować na wszystko, trzeba uważniej patrzyć władzy na ręce. Jeśli któryś prezydent myśli jeszcze o budowie „pomnikowych” inwestycji, czyli tzw. białych słoni, które w ostatecznym rozrachunku stają się finansową kulą u nogi, to lepiej niech jak najszybciej o tym zapomni.

Nową rolę miast wyznacza np. Amsterdam, który chce się skupić na jakości usług publicznych i dobrobycie lokalnej społeczności. Szeroko pisze o tym na swoim blogu Antymatrix II Edwin Bendyk. Amsterdam chce porzucić gonitwę za pieniądzem, bardziej być, niż mieć, i wspierać proekologiczne rozwiązania, np. w budownictwie, gdzie określona część materiałów będzie musiała podlegać recyklingowi. Generalnie Amsterdam chce poskromić apetyty na konsumpcjonizm, stawiając jednocześnie na zaspokajanie codziennych potrzeb mieszkańców. Zapewne zrodzi się tu nowa miejska gospodarka.

Inne zakupy

Miasta przez wieki opierały się na handlu, potem na usługach. Dziś ten pierwszy przenosi się do internetu, a usługi są często odmiejscowione. Żeby z nich korzystać, wystarczy smartfon i dostęp do sieci.

O tym, że zmienia się sposób robienia zakupów, czytamy we wpisie na fanpejdżu Pandemia Stories PL. – Zamknięte centra handlowe sprawiły, że zakupy przeniosły się do internetu. Kolega kurier opowiadał mi ostatnio, jak to tragiczna sytuacja. Tragiczna dla planety: tony folii, taśmy itp. Podał przykład sporej przesyłki, w której były dwie świeczki.

Liczba przesyłek wzrosła, i są to często zakupy z nudów. Kupujemy więcej, niż potrzebujemy. (…) Ta pandemia będzie mieć tragiczne skutki dla planety – napisała jedna z internautek.

I to prawda. Gwałtownie rośnie liczba przesyłek kurierskich, po galeriach handlowych nie chodzimy, bo nie możemy. Być może pandemia tylko przyspieszy to, co i tak zaczynało się już dziać. Sklepy zaczęły się zamieniać w showroomy, w których mogliśmy obejrzeć towar, ale zamawialiśmy go już później przez internet bądź na miejscu.

Kilkadziesiąt polskich galerii handlowych rozpoczęło też wspólne działania w obliczu kryzysu. – Pracujemy nad konkretnymi rozwiązaniami, które pozwolą nam oraz naszym najważniejszym partnerom biznesowym: najemcom, rozpocząć działalność po epidemii. Analizując dotychczasowe wyniki finansowe oraz obecną sytuację na rynku, jesteśmy w stanie ustalić realne warunki współpracy pomiędzy wynajmującymi i najemcami, dzięki którym ograniczymy negatywny wpływ koronawirusa na naszą działalność i tym samym na sytuację gospodarczą Polski – mówi Rafał Sonik, którego firma ma kilka galerii handlowych w całej Polsce.

Dodaje, że w obliczu kryzysu wynajmujący chcą wziąć na siebie odpowiedzialność i wypracować reguły działania, które pozwolą jak najszybciej ponownie rozpędzić machinę handlu w Polsce. W grę wchodzi bowiem kilkaset tysięcy miejsc pracy. Już dziś wiadomo, że po otwarciu sklepów będą w nich ogromne wyprzedaże kolekcji, które się zestarzały. Pytanie, czy kiedy większość z nas wciąż będzie bała się o zdrowie, ruszymy na zakupy? No i jak zmienią się nasze codzienne potrzeby? Może będziemy kupować znacznie mniej niż przed kryzysem?

Edukacja

Przemiana dotyka też edukacji. Trudno ją jednoznacznie ocenić. Telewizyjne, robione na chybcika kursy zostały obśmiane przez internautów. Okazało się też, że uczniom nawet z dużych miast trzeba kupować laptopy albo tablety. Tu sprawdziły się samorządy.

To jeszcze jeden dowód na to, że miasta widziane z ministerialnych okien wyglądają inaczej niż w rzeczywistości. Ale wielu nauczycieli oraz uczniów poważnie potraktowało nowy, zdalny sposób nauki. Być może również w przyszłości część zajęć czy wykładów będzie właśnie odbywała się w ten sposób. Zwłaszcza że rządzący ścisnęli uczniów liceów w liczących ponad trzydzieści osób klasach.

Prywatność i wolność

Dylematem pozostaje kwestia wolności obywateli w dobie pandemii i tuż po niej. Część rządów wykorzystuje realne zagrożenie, by wzmocnić swoją władzę i kontrolę nad obywatelem. Rządowa aplikacja „Kwarantanna” najpierw była dobrowolna, by po już paru tygodniach śledzące użytkownika rozwiązanie stało się obowiązkowe. Kto zagwarantuje, że już po epidemii „na wszelki” wypadek nie trzeba będzie mieć podobnych aplikacji na przykład podczas wizyty w parku, udziału w zgromadzeniu publicznym czy jazdy autobusem? Oficjalnie będzie to dla naszego bezpieczeństwa, by w razie pojawienia się w pobliżu osoby zakażonej można było łatwo namierzyć wszystkich, którzy mieli z nią kontakt. Pytanie, czy oficjalnie padną też pytania o bezpieczeństwo tych danych. Czy nie wpadną w niepowołane ręce? Już dziś dane osób w kwarantannie dostała z resortu zdrowia Poczta Polska i nie dostarcza im przesyłek. Nazwiska i adresy znają listonosze i kurierzy. Tak, to pracownicy tej samej poczty, na której wizyta wciąż przypomina czasy PRL-u. Czujecie się bezpiecznie?

*

Miasta idei: Szykujmy się na życie po pandemii

Koronawirus zmieni świat, w którym żyjemy. Zmiany dotkną każdej sfery życia, a to oznacza, że także zmieni się sposób, w jaki funkcjonują miasta, a my w nich.

Chcemy o tym porozmawiać podczas warsztatów z mieszkańcami, które zorganizujemy 29 kwietnia o godz. 12. Już teraz przyjmujemy na nie zapisy (prosimy o maile na adres przemyslaw.jedlecki@agora.pl). Mamy tylko 15 miejsc, obowiązuje zasada: kto pierwszy, ten lepszy. Uczestnicy powinni dysponować komputerem oraz łączem internetowym dobrej jakości. Warsztaty odbędą się online, przy wykorzystaniu jednej z popularnych aplikacji.

Uczestników warsztatów zapytamy o to, jak pandemia (i wprowadzone zasady izolacji) zmieniła ich życie w miastach.

Zapraszamy na warsztaty

Sprawdzimy również, które z tych zmian są pozytywne, a które negatywne. Na koniec stworzymy listę tych zmian, które mogą pozostać na dłużej, a być może nawet na stałe.

Po warsztatach, o godz. 14, rozpocznie się debata online, którą będzie można śledzić na naszej stronie internetowej oraz na profilu katowickiej „Gazety Wyborczej” na Facebooku.

Naszymi gośćmi będą: dr Katarzyna Sztop-Rutkowska, socjolożka z Uniwersytetu w Białymstoku, która zarządza również Fundacją Laboratorium Badań i Działań Społecznych „SocLab”, koordynatorka akcji „Masz Głos” w województwach podlaskim, mazowieckim i warmińsko-mazurskim, Kazimierz Karolczak, przewodniczący zarządu Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii, oraz Jarosław Kacprzak, PR menedżer firmy Future Processing w Gliwicach.

Z naszymi gośćmi będziemy rozmawiać o tym, czego się jeszcze możemy spodziewać, jak bardzo się zmienią miasta i czy na lepsze.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.