Bielski deptak 11 Listopada ma niespełna kilometr długości - by go przejść, wystarczy zrobić tysiąc kroków. Kiedyś trudno było się tutaj przepchać przez tłum ludzi. Dzisiaj klimatyczny deptak umiera.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Przez lata były sobie dwie oddzielne miejscowości o różnych charakterach: Bielsko i Biała. Dzieliła je rzeka Biała, przez stulecia granica państwa, potem granica Śląska i Małopolski. Bielsko-Biała powstało 1 stycznia 1951 r., kiedy to obydwie miejscowości połączono. Dziś o historii przypomina tablica pamiątkowa na kamienicy przy ul. 11 Listopada 10.

AGNIESZKA MORCINEK

Jedyny w mieście deptak handlowy przez lata tętnił życiem. Znana bielska piosenkarka Maria Koterbska, pierwsza dama polskiej piosenki, z nostalgią pisze w swoich wspomnieniach o eleganckich sklepach, które przed wojną odwiedzały szykowne damy. Prowadzili je i Żydzi, i Niemcy. Można było kupić buty od Baty, delikatne tkaniny i najlepsze europejskie frykasy. W cukierni Eugeniusza Frankla grający role amantów aktor Mieczysław Cybulski spotykał się sekretnie z baronówną Czecz. – W latach 80., gdy chciało się zrobić zakupy w delikatesach albo zajrzeć do księgarni, trzeba się było przepychać przez tłum ludzi – wspomina bielszczanka Zofia Malik.

Od kiedy w mieście zaczęły powstawać galerie handlowe, deptak przestał pełnić swoją handlową rolę. Były różne pomysły na jego ratowanie, żaden nie przyniósł spodziewanych rezultatów.

Najstarsza księgarnia w mieście

Z historią ul. 11 Listopada nieodłącznie wiąże się pamięć o miejscach, które przestały istnieć. Dla wielu bielszczan początkiem końca handlowego charakteru ulicy było zamknięcie słynnych delikatesów, które podczas kryzysu lat 80. były najbardziej obleganym sklepem w mieście. Często można tam było kupić luksusowe na owe czasy towary, np. pomarańcze czy szynkę. Oczywiście trzeba było stać po nie w ogromnych kolejkach. Sklep zaczął podupadać w latach 90. Gdy został zamknięty, mówiło o tym wydarzeniu całe miasto.

Żal także miejsca znanego wszystkim miłośnikom książek. W kamienicy przy ul. 11 Listopada 33 działała kiedyś najstarsza księgarnia w mieście – Oświata. Powstała jeszcze w 1946 r. Prowadził ją najpierw Związek Nauczycielstwa Polskiego, a potem Dom Książki. W 1990 r. księgarnia została sprywatyzowana. Bielszczanie bardzo lubili to miejsce. Księgarnia była samoobsługowa, każdą książkę można było wziąć do ręki, pooglądać. Pokolenia bielszczan zaopatrywały się tutaj w podręczniki szkolne i obowiązkowe lektury. W czasach, gdy o dobre książki było bardzo trudno, w Oświacie stali bywalcy zawsze mogli liczyć na jakiś rarytas spod lady. Niestety już dobrych kilka lat temu księgarnia została zamknięta. Dzisiaj w tym samym lokalu działa sklep z rzeczami za kilka złotych.

Księgarnia Oświata
Księgarnia Oświata  Fot. Tomasz Fritz / Agencja Wyborcza.pl

Tanewski odmówił podpisania volkslisty

Wielu bielszczan pamięta też na pewno drogerię Tanewski na rogu pl. Wolności i ul. 11 Listopada. Pachniało w niej ziołami, można tam było kupić różne ciekawe rzeczy takie jak farby do tkanin, środki na mole czy laboratoryjne menzurki. Historia tego miejsca zaczęła się jeszcze w listopadzie 1909 r. Franciszek Tanewski otworzył wtedy drogerię, którą nazwał swoim nazwiskiem. Można było w niej kupić proszki od bólu głowy, środki na przeczyszczenie, kosmetyki, różne medykamenty weterynaryjne. Właściciel zaopatrywał bielskie fabryki włókiennicze w chemikalia, rozlewał je w piwnicy. Ponoć największy interes robił na środkach na porost włosów.

Podczas niemieckiej okupacji Tanewski odmówił podpisania volkslisty. Z całą rodziną trafił do obozu gdzieś na Zaolziu, a Niemcy ustanowili w drogerii zarząd komisaryczny. W 1953 r. ówczesny starosta bielski odebrał Tanewskim drogerię i przekazał sklep sieci sklepów Arged. Drogeria zmieniła nazwę na Lotos. Nikt tak jednak jej nie nazywał. Wszyscy mówili, że coś tam można kupić u Tanewskiego, i każdy wiedział, o który sklep chodzi. W 1990 r. drogeria znowu zaczęła działać pod starą nazwą. Ku żalowi bielszczan zlikwidowana została w 2007 r.

Przy ul. 11 Listopada działało także wiele rzemieślników. Wielu bielszczan pamięta jedną z najbardziej charakterystycznych wystaw na bielskim deptaku – witrynę zegarmistrza Stanisława Forysia z wypreparowanymi kolorowymi motylami. Foryś nie żyje od lat, zakładu już dawno nie ma.

Wszyscy do budki z zapiekankami

Jeszcze niedawno jednym z najdłużej funkcjonujących punktów przy bielskim deptaku była kameralna pracownia kapeluszy znajdująca się tuż za mostem na Białej. Działała nieprzerwanie przez wiele lat. Władysława Wór otwarła ją 1 września 1949 r., wtedy w całym mieście było siedem modystek. Pierwszą jej klientką była pani, która przyjechała z Kęt. Zakład miał swoje wierne klientki, a często było tak, że tradycja zaopatrywania się tutaj w nakrycia głowy przechodziła z pokolenia na pokolenie – z babci na córkę i wnuczkę. Pani Władysławie pomagała w pracy córka. Niestety przy ul. 11 Listopada coraz trudniej jest utrzymać także taką unikatową działalność. Trzy lata temu pracownia przestała działać.

Jeszcze kilka lat temu głodni bywalcy ulicy kierowali swoje kroki do budki z zapiekankami na rogu deptaka i ul. Głębokiej. Charakterystyczna budka stała w tym samym miejscu od wielu lat, niezmiennie smakołyki sprzedawała w niej ta sama pani. Kupić można było tutaj np. tradycyjne zapiekanki z żółtym serem i pieczarkami. Kultowa budka też została zamknięta.

Sklep Steciaka to dzisiaj prawdopodobnie najdłużej działający sklep przy ul. 11 Listopada. Istnieje od 1945 r. Założył go Teofil Steciak, który przed wojną prowadził sklep we Lwowie. Od dziesięcioleci bielszczanie mogą tu kupić wszystko, co może przydać się podczas remontu domu czy mieszkania. Są tu artykuły metalowe i budowlane, farby, lakiery, narzędzia czy zamki.

Pomysły na ratunek

Gdy słynny deptak zaczął pustoszeć i tracić swoją dawną świetność, pojawiły się różne pomysły na jego ratowanie. Miasto postanowiło zachęcić ludzi, żeby przypomnieli sobie jego historię. W 2007 r. po raz pierwszy zorganizowano Festiwal Ulicy 11 Listopada. – Mamy nadzieję, że będzie to prawdziwy impuls do przywrócenia ulicy dawnego blasku – mówił Tomasz Ficoń, rzecznik bielskiego urzędu miasta.

W imprezę zaangażowali się właściciele sklepów, twórcy i muzycy. Na deptaku można było przenieść się w czasie, pojawili się tutaj gazeciarze, kwiaciarki i kapele podwórkowe. Jak za dawnych czasów ulicą przejeżdżały dorożki. Uwagę wszystkich przykuwał kataryniarz. Jedną z atrakcji był Jarmark Galicyjski nawiązujący do kupieckich tradycji miasta. Wydarzenie było kontynuowane. W czasie jednej z edycji na moście na Białej stanęły budki graniczne i szlabany, które żołnierze podnosili tylko przed osobami posiadającymi pamiątkową przepustkę. Można ją było otrzymać na moście, ozdobioną pięknym stemplem. Ustawiały się po nią kolejki. – Przechodzicie państwo z Galicji do Śląska Austriackiego – instruował przechodniów jeden z żołnierzy. Po kilku edycjach zaniechano organizacji dwudniowego święta.

PAWEŁ SOWA

Kilka lat temu pojawił się pomysł jego reaktywacji. W poprzedniej kadencji rady miasta radny Marcin Lisiński zwrócił się na sesji do prezydenta Bielska-Białej z interpelacją w sprawie powrotu tego święta. Przytaczał wtedy wyniki ankiety, którą przeprowadził wśród przedsiębiorców z ul. 11 Listopada, Barlickiego, Cechowej i Komorowickiej, a także z pl. Wolności i Wojska Polskiego. 96 proc. respondentów uznało święto za potrzebne do promocji tej części miasta. Odpowiedź władz miasta była taka, że jeśli uda się znaleźć partnera, święto powróci. Może to jest pomysł na ratowanie deptaka?

Kupcy też mieli swoje pomysły. Na początek wymyślili kartę rabatową z hasłem „Miejsce trafionych zakupów”. Ważna była w kilkudziesięciu lokalach gastronomicznych, punktach usługowych i sklepach przy deptaku. Rabaty były różne, ustalali je właściciele. Miejsca, w których można było dostać rabat, oznaczone były specjalnymi naklejkami. Nie trzeba było nic kupować, żeby ją dostać. Wystarczyło wejść do środka i poprosić o kartę. Kolejnym pomysłem było przedłużenie godzin otwarcia. Niektóre sklepy czynne były nie do godz. 17 czy 18, ale do 20. To także okazało się zbyt mało, by reanimować deptak.

Ciekawych pomysłów było więcej. Grażyna Staniszewska, była parlamentarzystka i europarlamentarzystka, szefowa Towarzystwa Przyjaciół Bielska-Białej i Podbeskidzia, proponowała np., by kawiarnie i restauracje w centrum miasta zaoferowały promocyjne ceny dla emerytów i rencistów do godz. 12.30, gdy większość lokali jest pusta.

Sala, w której podejmowano cesarza

11 Listopada to ulica ciekawa sama w sobie, nie brak tutaj perełek architektury i innych ciekawostek, spacerując nią, można się przekonać, dlaczego miasto nazywane było kiedyś Małym Wiedniem. Bardzo ciekawy jest np. mający ponad sto lat hotel Pod Orłem (ul. 11 Listopada 46) zwany kiedyś Bristolem Południa. Wzniesiony został w stylu neobarokowo-klasycystycznym przez Jakuba Grossa, fabrykanta wódek i likierów z Białej. Stylistyką nawiązuje do pięknych hoteli wiedeńskich. Jego fasadę pokrywają neobarokowe ozdoby, m.in. ładne medaliony z orłami. Zachował się częściowo wystrój klatki schodowej i westybulu z przełomu XIX i XX w., a na pierwszym piętrze – piękna sala redutowa z żeliwnymi arkadami, najpiękniejsza sala balowa w mieście. Podejmowano w niej m.in. cesarza Franciszka Józefa, Józefa Piłsudskiego i Ignacego Jana Paderewskiego. Dziś hotel jest siedzibą różnych firm, na parterze mieści się elegancki pasaż handlowy m.in. ze sklepami odzieżowymi.

Jedyny pomnik Reksia w Polsce

Przy ul. 11 Listopada jest też np. najprawdopodobniej jedyny pomnik Reksia w Polsce. Sympatyczny kundelek z brązową łatą na oku i uchu to jeden z najbardziej znanych bohaterów dziecięcych kreskówek. W sumie w latach 1967-88 wyprodukowano ponad 60 odcinków opowiadających o jego perypetiach. Wszystkie powstały w bielskim Studiu Filmów Rysunkowych. Dlatego miasto postanowiło wystawić animowanemu bohaterowi pomnik. Reksio ma niespełna metr wysokości. Stoi na tylnych łapach, jedną z przednich trzyma przy uśmiechniętej mordce, drugą wskazuje na oryginalną fontannę, która tryska tuż obok niego. Dzieci uwielbiają to miejsce, ponoć pogłaskanie Reksia po nosie przynosi szczęście.

Kilkanaście lat temu w mieście toczyła się dyskusja o konieczności znalezienia pomysłu na staromiejski rynek. To było kiedyś miejsce, gdzie strach było się zapuścić po zmroku. Rynek został odrestaurowany i jego wystrój nawiązuje teraz do historycznego wyglądu. Wróciły tu rzeźba św. Nepomucena oraz figura Neptuna, która jest ozdobą tzw. zespołu fontann. To ciekawy wodny kompleks.

Plac ze znakomitymi kawiarniami, restauracjami i pubami

Z tyłu fontanny jest świetlny zegar, a obok zabytkowa kamienna studnia z XVII w. Tuż pod zachodnią pierzeją rynku znajdują się podziemna ekspozycja archeologiczna oraz fundamenty budynku dawnej wagi miejskiej, gdzie ważono towary przywożone na bielski rynek. Płytę rynku wyłożono kostką brukową i granitowymi płytami. Zamontowano w niej punktowe reflektory. W dwóch rzędach stoją stylowe latarnie, w kilku miejscach rozlokowano ławki i stojaki na rowery.

Zapomniane kiedyś miejsce to dzisiaj tętniący życiem plac ze znakomitymi kawiarniami, restauracjami i pubami. W piątkowe i sobotnie wieczory trudno znaleźć tutaj choć jeden wolny stolik, trzeba sobie wcześniej zarezerwować miejsce. Ulica 11 Listopada też może znowu tętnić życiem. Trzeba tylko znaleźć na nią jakiś pomysł.

Dzierżyński patronem? Tak było przed laty

Ulica 11 Listopada nie zawsze się tak nazywała. To jedna z tych ulic w mieście, które zostały zdekomunizowane.

W latach 70. i 80. mieszkańcy Bielska-Białej opowiadali sobie taki dowcip: „Pewien kierowca chce dostać się do Żywca. Pyta ludzi o drogę. Przechodnie tłumaczą mu: najpierw ulicą Lenina, potem skręcić w Dzierżyńskiego, a na końcu w Greczki. Przerażony mężczyzna łapie się za głowę i mówi: – Ale ja chcę do Żywca, a nie do Moskwy!”.

Ulica Lenina nazywa się dziś 3 Maja, Greczki to Żywiecka, a Dzierżyńskiego to właśnie 11 Listopada.

Ulica 11 Listopada na przestrzeni lat nazywała się także m.in. Krakowską, Wiedeńską czy Główną.

Porozmawiajmy o ulicy

Projekt „Miasta Idei” ma za zadanie wypracowanie najlepszych rekomendacji dla miast województwa śląskiego. Kolejne spotkanie z cyklu „Miasta Idei” odbędzie się właśnie w Bielsku-Białej, 20 marca 2019 roku w urzędzie miasta przy placu Ratuszowym 1.

W trakcie spotkania będziemy rozmawiać o tym, co dalej z ulicą 11 Listopada. Planujemy przeprowadzenie zamkniętych warsztatów z mieszkańcami Bielska-Białej, społecznikami i specjalistami. W trakcie warsztatów zapytamy uczestników m.in. o to, jak mogłaby wyglądać w przyszłości ulica 11 Listopada. Czego chcą tu mieszkańcy? Będziemy szukać najlepszych pomysłów i propozycji na nowe oblicze ulicy 11 Listopada.

Zgłosić swój udział można e-mailowo: ewa.furtak@katowice.agora.pl.

Po warsztatach odbędzie się panel ekspertów. Początek zaplanowany jest na godz. 17, w wydarzeniu organizowanym wspólnie z UM w Bielsku-Białej może wziąć udział każda zainteresowana osoba.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Czy istnieją jeszcze prawdziwi bielszczanie? Artykuł "wisi" od dwóch dni. I co? I nic! Sądzę, że ul. 11 Listopada może tylko uratować mnogość małych knajpek, tawern, kafejek, jakieś kluby i moda na to wszystko. Pomoc miasta, ewentualne preferencje byłyby mile widziane! Tylko oszczędzcie tej ulicy takich "architektów" jak ci co estetycznie zamordowali bielski Stary Rynek jarmarcznym wystrojem z nierdzewki i szkła! I to w odległości 160 m od bielskiego "Plastyka"!
    już oceniałe(a)ś
    0
    0