Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
W Tychach na pewno nie tak wyobrażali sobie powrót na zaplecze Ekstraklasy. Miał być marsz w kierunku najwyższej klasy rozgrywkowej, a jest tymczasem miejsce zagrożone spadkiem do drugiej ligi.

Wojciech Todur: Spogląda Pan na tabelę pierwszej ligi. Widzi GKS Tychy na siedemnastej, spadkowej pozycji i myśli ...

Grzegorz Bednarski: - ... to nie jest nasze miejsce. To wypadek przy pracy. Zrobimy wszystko, żeby już po kilku meczach rundy wiosennej spoglądać na tabelę pierwszej ligi bez strachu.

Gdy zaczynał Pan pracę w Tychach, to sprawiał Pan wrażenie człowieka, który traktuję piłkę trochę jak naukę ścisłą. Że wszystko można zaplanować, skompletować, a potem już prosta autostrada do sukcesu. Coś się od tamtej chwili zmieniło?

- Na pewno trudno mi się pogodzić z naszą pozycją po rundzie jesiennej. Nasze miasto i klub zasługują na więcej. Sport to taka dziwna branża, w której niemal za każdą decyzją kryje się 50 procent ryzyka. I to ryzyko trzeba minimalizować. Na słabą dziś pozycję piłkarzy GKS-u złożyło się tak wiele czynników, że nawet nie sposób ich usystematyzować. To jednak nie oznacza, że nie można postawić diagnozy. Czerpać z doświadczeń ostatnich miesięcy. I my to zrobimy.

Czy sytuację GKS-u można porównać do tej z Zagłębia Sosnowiec. Tam piłkarze nie chcieli grać dla trenera Piotra Mandrysza. Nie było chemii.

- Spodziewałem się, że Pan mnie o to zapyta. Nie będę odnosił się do przypadku Zagłębia, ale mogę pośrednio przyznać, że w Tychach tej chemii także od pewnego momentu nie było. To jednak za mało, żeby wytłumaczyć sześć porażek z rzędu.

Uważam, że dobry menedżer zawsze powinien mieć przynajmniej dwa plany. Plan A, który jest właśnie w trakcie realizacji oraz plan B - na wypadek, gdyby coś poszło nie tak. W sporcie plan B trzeba czasami wdrożyć w życie w sposób nagły. Tak też było w ramach współpracy z poprzednim sztabem trenerskim, po prostu formuła się wyczerpała. Zespół potrzebował nowego bodźca.

Chwieją się takie śląskie potęgi jak Ruch Chorzów i Górnik Zabrze. To mógł być dla GKS-u Tychy znakomity moment, żeby kopniakiem wywalić drzwi do Ekstraklasy. Macie stadion, stabilne finanse, wsparcie miasta. Tylko wyników brak.

- Pracujemy na Ekstraklasę, a jak się na coś pracuje w takim trudzie i znoju, to potem smakuje to podwójnie. Podchodzimy do realizacji tego celu z dużą pokorą. Ekstraklasa to oczywiście nasz cel numer 1. I to się nie zmienia. W tym sezonie spokojnie - gwarantuję - utrzymamy się w pierwszej lidze, a w kolejnym chcemy grać o najwyższą stawkę.

Co musi zmienić się w drużynie, żeby zapewnić sobie to "spokojne utrzymanie". Trener Jurij Szatałow nie ukrywa, że potrzebuje zawodników doświadczonych. Pan tymczasem w wywiadach powtarzał, że GKS nie będzie przechowalnią dla zawodników z roczników "30 plus".

- Każdy przypadek trzeba analizować indywidualnie. Też nie mam zamiaru patrzeć w metrykę. Potrzebujemy jakości, a ta nie kryje się za statystykami z przeszłości, tylko za aktualną formą i możliwościami danego gracza. Nasze decyzje transferowe muszą być wypadkową rozmów trenera, naszego dyrektora sportowego oraz moich. Mamy jeden cel, więc na pewno dojdziemy do porozumienia. Potrzebujmy czterech, pięciu nowych graczy.

Długofalowa polityka transferowa klubu na pewno jednak się nie zmieni. GKS to nadal ma być zespół odważnie stawiający na młodych piłkarzy z regionu, na wychowanków. W Tychach nikt nie będzie odcinał kuponów od kariery.

A jak się Panu współpracuje z trenerem Szatałowem? To ugodowy człowiek czy raczej dyktator?

- Jest to osoba, która postrzega wiele spraw w systemie zero - jedynkowym, co lubię. Wie czego chce. Potrafi się bez reszty poświęcić pracy. Cały sztab trenerski ma moje pełne wsparcie.

Często puka do drzwi Pana gabinetu?

- Ustaliliśmy, że będziemy się spotykać po każdym meczu. We wtorek lub środę. Rozmawiamy wtedy o ostatnim spotkaniu. Poruszamy także wiele spraw dotyczących organizacji klubu. Po podpisaniu umowy z trenerem Szatałowem tych rozmów było rzecz jasna więcej. Wciąż się docieramy. Budujemy schemat naszej współpracy. Wszyscy chcemy dla tego klubu, jak najlepiej.

Atutem GKS-u jest stabilny budżet. Jak się Pan zachowuje, gdy menedżer piłkarza, którego bardzo Pan chce podbija stawkę?

- Prowadzimy rozsądną politykę transferową. Nie obiecujemy pieniędzy, jakich nie mamy. Nie wypłyniemy na rozległe wody oceanu bez nawigacji. Budżet na rok 2017 zaplanowaliśmy już we wrześniu. Myślę, że dla wielu klubów możemy być wzorem. Naszą politykę finansową prowadzimy w sposób do bólu przejrzysty i jest ona mocno zrównoważona.

A żądania menedżerów? Staram się być elastyczny, ale wszystko ma swoje granice. Wiemy, gdzie jest nasz sufit. Nie ulegamy presji. Nie przekonujemy piłkarzy tylko pieniędzmi. Ważny jest nasz projekt. Pomysł na GKS. Droga i cel, do którego zmierzamy.

Naszym atutem jest również fakt, że jesteśmy w pełni wypłacalni. Nie zwodzimy zawodników. To co mają na papierze, potem trafia na ich konta. Z czasem chcemy, żeby coraz więcej pieniędzy leżało na boisku, czy lodzie. Żeby zarobki były uzależnione od wyników sportowych. Marzy mi się dynamiczny system zarządzania przez cele dla zawodników, jak i pracowników administracyjnych spółki. Zdajemy sobie sprawę, że to może przysporzyć spółce większych wydatków w obszarze premii i wynagrodzeń. Chcemy jednak zmagać się z takim problemem. Chciałbym mieć ból głowy ze znalezieniem pieniędzy na wpłatę nagród za zdobycie mistrzostwa polski w hokeju, czy za awans do ekstraklasy.

Budżet GKS wciąż jest oparty przede wszystkim na pieniądzach mieszkańców Tychów?

- W coraz mniejszym stopniu. Spółka generuje coraz większe przychody. W tym roku będzie to 5 milionów złotych. W kolejnym ma być to 7 milionów. To już są naszym zdaniem niebagatelne sumy. W drugiej lidze nasze mecze obejrzało łącznie 107 tysięcy widzów. Taka liczba, to naszym zdaniem mistrzostwo świata. W obecnie trwających rozgrywkach nasze spotkania przyciągnęły dotąd na trybuny 57 tysięcy osób. Jest więc dla kogo grać, dla kogo pracować.

Ruch Chorzów szacował, że po przeprowadzce na Stadion Śląski średnia frekwencja na poziomie 15 tysięcy widzów uczyni z kibiców strategicznego sponsora klubu. Macie podobne wyliczenia?

- Kibice są ważnym sponsorem klubu, ale nie mogą być sponsorem jedynym. Stąd też i nasz projekt Klub Biznesu GKS-u Tychy. Szkolenia, jakie organizujemy, wspólne śniadania. Chcemy, żeby nasi partnerzy rośli w siłę, bo wtedy - naszym zdaniem - z czasem zyska też na tym GKS. Nasz klub generuje coraz większy ekwiwalent medialny. Nasza wartość rośnie.

Co do kibiców, to trudno oszacować frekwencję, gdyż ta zawsze zależy od wyniku sportowego. Myślę, że po oczekiwanym awansie do Ekstraklasy będą zdarzały się takie mecze, gdy nasz stadion będzie za mały.

To jednak nie zmienia faktu, że opieranie budżetu na wpływach z biletów jest mocno ryzykowne.

Na koniec zapytam o przyszłoroczne mistrzostwa Europy do lat 21, które odbędą się też na tyskim stadionie. Czy GKS może ogrzać się przy tej imprezie? Coś zyskać?

- Sam GKS raczej nie, ale już miasto i spółka Tyski Sport na pewno. Wszyscy mamy w pamięci listopadowy mecz reprezentacji Polski z Niemcami, to był sukces organizacyjny, rekord frekwencji oraz wielka promocja miasta, która wykraczała daleko poza granice Polski.

Dzięki Euro jesteśmy w wąskim gronie wybrańców, którzy będą współpracować z UEFA i PZPN-em. W Tychach na pewno odbędą się cztery mecze. Obszary działania będą dwa: miejski oraz ten na stadionie. Podzielimy się obowiązkami i na pewno wszyscy na tym zyskają. Przede wszystkim doświadczenie i kompetencje przy organizacji drugiej co do ważności imprezy piłkarskiej w Europie. To będzie ta nasza wartość dodana.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.