Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Ciągle przychodzi na Bukową, choć sam zakończył na niej grę prawie pół wieku temu.

Rozmowa z Józefem Morcińczykiem

Paweł Czado: Zanim trafił pan do Gieksy, był pan zawodnikiem Naprzodu Lipiny.

Józef Morcińczyk: Pracowałem tam na kopalni Matylda. Pewnego dnia dowiedziałem się, że przyszło pismo z armii, że mam iść do wojska. Wtedy od razu poleciałem na oddział meldunkowy z zapytaniem, dlaczego nie wysłali mojej reklamacji, praca na kopalni zwalniała przecież z wojska. Pracował tam Ryszard Piec, przed laty sławny piłkarz [m.in. uczestnik mistrzostw świata w 1938 r.]. Pytam go więc: "Panie Piec, a wyście nie wysyłali mojej reklamacji?".

A on patrzy w papiery: "Synek, nie martw się, wysyłaliśmy".

Idę na komisję wojskową, a oni tam już się śmieją: "Panie Morcińczyk, na pana już Śląsk Wrocław czeka"... Ale ja nie chciałem tam iść, miałem się żenić. Rok jeszcze pracowałem więc na kopalni Matylda i grałem w Naprzodzie, potem przeszedłem do Rapidu Wełnowiec.

Rapid wtedy grał w III lidze, a Lipiny do niej spadły. Jeszcze dla Naprzodu zdążyłem zagrać w meczu między tymi drużynami. Sędzia mnie wtedy niesłusznie wyrzucił z boiska za faul na Zygmuncie Schmidcie [pierwszym reprezentancie Polski z GKS-u Katowice, najlepszym piłkarzu tego klubu "ery przedfurtokowej]. Szedłem potem wzdłuż linii bocznej do szatni, a akurat w samym rogu Schmidt zderzył się z Jerzym Dudą z Naprzodu i upadł. Zamierzyłem się na niego z myślą : "Jak ci teraz przywalę, to przynajmniej będę wiedział, za co zszedłem z boiska". Zamierzyłem się, ale nie uderzyłem. Okręgowy Związek Piłki Nożnej w Katowicach mnie potem za to zachowanie sądził. W efekcie dostałem trzy miesiące dyskwalifikacji w zawieszeniu na pół roku.

W Lipinach było wielu fajnych piłkarzy. Taki Walter Gzel, potem reprezentant Polski. "Jak mam na ciebie grać, to jestem chory, wszędzie ta szłapa wsadzisz" - powtarzał. Mówił to już jako zawodnik Zagłębia Sosnowiec i Arkonii Szczecin. Zaczynamy mecz, on do mnie od razu: "Co, zaś będziesz kopał? Jak ja mam na ciebie grać, to żech jest chory". Jego matka jak mnie spotkała, też się denerwowała: "On ma cało noga sina. Najlepsze koledzy, obaj urodzone w Chropaczowie, jak ty go traktujesz, dlaczego go kopiesz?!". Gzel zawsze szybko nogami przebierał, ale ja zawsze patrzył na bala, a nie na niego.

A potem przyjechali do pana do domu prezes Rapidu Wacław Bokacki i legendarny trener Jerzy Nikiel. Chcieli pana przekonać, żeby pan przeszedł do Katowic.

- Początkowo uniosłem się dumą. "Ja tam nie idę, nie będę w drużynie z tym świrem Schmidtem, ja za niego z boiska wyleciałem" - stwierdziłem.

"A przestoń! Przijdź do nos, oboczysz, spodoba ci się" - usłyszałem. Zdecydowałem się. "No, przywitejcie się" - usłyszałem, kiedy na pierwszym treningu stanąłem naprzeciw Schmidta. "No co, nie gniewasz się już?" - usłyszałem od niego. "A idź, głuptasie, nic się nie stało" - roześmiałem się. Jak te losy się toczą... Potem byliśmy przecież ze Schmidtem w Rapidzie najlepszymi kolegami.

Z dnia na dzień przestałem być prowadzony na Matyldzie, dostałem etat oczywiście w zakładach Rapid [Śląskiej Fabryce Sprzętu Górniczego Rapid z Wełnowca]. Na Matyldę szedłem o szóstej rano i robiłem jak wszyscy - do wpół do jedenastej. W Rapidzie było już inaczej, tam nie pracowałem prawie w ogóle, w pewnym momencie nawet mi powiedzieli, że nie muszę przychodzić do pracy. Potem, jako piłkarz GKS-u Katowice, byłem prowadzony na kopalni Staszic tak samo jak bramkarz Piotrek Czaja i obrońca Jan Piecyk. A na przykład Zyga Schmidt czy Paweł Glück byli na etatach kopalni Kleofas, GKS porozdzielał nas między różnymi kopalniami, żeby jedna nie była obciążana.

Debiutował pan w meczu z Rakowem Częstochowa w II lidze we wrześniu 1963 roku.

- Do dziś pamiętam treść prasowej notki: "W drużynie Rapidu zadebiutował Morcińczyk, były zawodnik Naprzodu, który dał pokaz gry. Nie dość, że wywiązał się ze swoich zadań jako pomocnik, jeszcze musiał wspomagać lewego obrońcę" (śmiech). Potem grałem przeciw tej drużynie jeszcze ważny mecz, bo walczyliśmy o awans. Akurat złapałem kontuzję, tydzień miałem w Świerklańcu okłady, a rano w dniu meczu trener Nikiel pytał Michała Matyasa, szkoleniowca Polonii Bytom, która też tam była na zgrupowaniu, co ze mną robić. Matyas doradził założenie blokady. Koledzy czekali w budynku. "Trenerze, będzie Pacza - bo tak na mnie wołali - grał?". Jak się dowiedzieli, że tak - bili brawo. No i wygraliśmy 3:1. Warto było, choć potem, kiedy blokada przestała działać, przez trzy dni myślałem, że zwariuję z bólu.

Potem zagrał pan w pierwszym meczu GKS-u w ekstraklasie.

- Pamiętam go doskonale. Graliśmy z Górnikiem Zabrze na Stadionie Śląskim. U rywali grali Pohl, Lentner. Tylko Lubański nie, akurat miał problemy z sercem. Przed tym meczem znowu złapałem kontuzję, na obozie nie trenowałem prawie dwa tygodnie, bolało mnie podbicie. Źle się czułem. W przerwie, przy stanie 0:0, powiedziałem trenerowi, że schodzę, nie dam rady. Za mnie wszedł Piotr Sobik. Strzelił dwa gole, ale przegraliśmy 2:3.

Pan grał na lewej pomocy, czyli był pan lewonożny.

- Jak to się mówi, lepsza jedna dobra noga niż dwie przeciętne (uśmiech). Pomocnik Andrzej Strzelczyk mówił mi tak: "Pacza, tyś je mózg drużyny". Ale muszę przyznać, że byłem pilnowany, sprawdzany. Jasiu Wraży, jak przyszedł do nas z Rozbarku, to mi powiedział, o co chodziło. "Ty od Morcińczyka, Schmidta i Piecyka trzymaj się z daleka, bo oni lubią sobie czasem wypić - powiedzieli mu działacze. Ale muszę podkreślić, że nigdy nie miało to przełożenia na boisko.

Jak wspomina pan Bukową z tamtych czasów?

- Oj, tamta trybuna była taka malutka... W niej się przebieraliśmy. W nie za dużej szatni mieliśmy dwie ławki pod ścianą i prysznic. Na tamte czasy warunki były bardzo dobre. Byłem bardzo zadowolony. Kiedy powiedziałem teściowej, że nie będę musiał chodzić do pracy, nie mogła uwierzyć. "Co?! Do roboty nie chodzisz? Do mnie nie przyłaź, ja ci nie dam" (śmiech). Wtedy ludzie nie wyobrażali sobie, że można żyć z kopania piłki, przecież nie było zawodowstwa. A na Staszicu my dobrze zarabiali, tam była nowa kopalnia.

W 1966 roku opuścił pan GKS w zaskakujących okolicznościach.

- Wyjechałem wtedy do Ameryki bez zgody klubu. Jak to się stało? Zyga Schmidt mnie spytał, czy nie chciałbym z nim pojechać do Chicago i dorobić. Zapaliłem się. Załatwiliśmy wszystkie formalności, przyszło zaproszenie. Wyleciałem 3 stycznia. Schmidt miał dolecieć później, bo jeszcze jechał na zgrupowanie kadry do Wołomina. A potem trener Nikiel stwierdził, że skoro Morcińczyk wyjechał, to Schmidt może też wyjechać, ale dopiero jak Morcińczyk wróci. I zatrzymali go, nie wypuścili.

Byłem w tej Ameryce niedługo. Grałem w polonijnej drużynie White Eagles, dodatkowo przez cztery, pięć godzin pracowałem. Śmiali się tam, że jak wrócę do Polski, to mnie zamkną, bo robiłem na tokarce części do okrętów podwodnych, które miały być użyte w Wietnamie (uśmiech).

W reprezentacji Chicago rozegrałem dwa mecze - z Herthą Berlin i z Bologną. W tym czasie było tam kilku ligowców z Polski, m.in. Włodek Kościelny z Wisły Kraków [zawodnik Eagles w latach 1960-69].

Wyjechałem jednak sam, bez rodziny. Syn miał roczek, a córka cztery latka. Nie było łatwo. Żona pisze: "Wracaj". Po ośmiu miesiącach postanowiłem wracać. W Stanach wszyscy byli w szoku. Na wieść, że wolę wrócić do Polski, nikt tam nie chciał się ze mną pożegnać.

Trochę pan ryzykował, że wracał?

- Kiedy mnie nie było, GKS wystosował list potępiający, ale chłopcy z drużyny się pod nim nie podpisali. Po powrocie poszedłem se siednąć na trybunka, akurat trwał trening. Trener Nikiel był obrażony. Przeszedł koło mnie i poszedł dalej, jakby mnie nie znał... Pierwszy Piotrek Czaja przyleciał się przywitać, jak mnie zobaczył, potem inne chłopaki. "Oblekojcie sie, idymy do restauracji" - zaprosiłem ich. Nie wiedziałem, czy będę dalej grał w Gieksie. Koledzy mówili mi, że inne kluby z ekstraklasy się o mnie pytały - Śląsk Wrocław i ROW Rybnik.

W międzyczasie trener Nikiel w szatni ochłonął. Wyszedł i mówi do mnie: "Co masz zamiar robić? Chcesz wrócić?". Przytaknąłem. Kazał mi nazajutrz przyjść do... redakcji "Sportu", do redaktora naczelnego Tadeusza Bagiera. Chodziło o to, żeby umiejętnie napisać, że wróciłem za Stanów, i o to, żeby odwiesić moją dyskwalifikację.

Działacze byli na mnie źli, ale się rozeszło. Prezes Bokacki też był zły. "Gdybym mógł, to jeszcze z samolotu bym cię wyciągnął, żebyś do tej Ameryki nie jechał" - mówił mi po powrocie prezes. Na szczęście udało się wrócić do GKS-u.

Cieszyłem się. Trener Nikiel był świetnym fachowcem, a przy okazji przyzwoitym człowiekiem. Ten Rapid zbudował od podstaw.

W GKS-ie wykonywał pan rzuty karne.

- Nie zawsze mi się udawało strzelić (uśmiech). W 1963 r. potrafiliśmy wygrać w Pucharze Polski jeszcze jako Rapid 2:0 z Górnikiem Zabrze z Lubańskim na czele. A mogło być wyżej, gdybym wykorzystał jedenastkę... W meczu z Górnikiem Wałbrzych [w 1963 r.] było parę minut do końca i sędzia podyktował rzut karny. Wszyscy się pochowali, zdecydowałem się strzelać. Mój ojciec oglądał mecz z trybun z towarzystwie ojca Sobika. I tamten mówi o mnie: "On ma pierunowo odwaga to szczyloć". Trafiłem. Paweł Glück mi potem mówił: "Ja nawet nie patrzyłem, jak uderzasz...". Udało się.

W Gieksie było paru fajnych kolegów.

- Hubert Miller miał ksywkę "Szajtlik" [Przedziałek], zawsze był bardzo starannie uczesany. Pedancik. Jak uderzył piłkę głową, to sobie włosy poprawiał. Świetnym zawodnikiem był Zygmunt Schmidt. Nigdy nogi nie cofnął. Wołaliśmy na niego "Zynza" [Kosa], a prezes Bogacki powtarzał: żaden z was nie może kiwać, tylko Schmidt, bo on ma żelazne nogi. Kontuzje mu się nie przytrafiały. Moim zdaniem on był najlepszym zawodnikiem GKS-u. Superbramkarzem był Piotrek Czaja. Miał wyczucie jeszcze z piłki ręcznej. Gerard Rother z przodu był bardzo szybki i bramkostrzelny.

Rozstanie z Gieksą było bardzo przykre.

- Wracałem po treningu do domu. Tu na Lipinach pili na rogu. Byli już wstawieni. Jeden z nich rzucił butelką. Akurat przechodziłem, wchodziłem do sieni. Szkło się rozbiło na chodniku, odprysk wpadł mi do oka. W domu łapię się za oko - co mnie tak piecze? Zaraz pojechałem do szpitala do Bytomia. Okazało się, że to poważne. GKS wysłał mnie do profesora Tadeusza Krwawicza [wybitnego specjalisty, kierownika Kliniki Okulistycznej Akademii Medycznej w Lublinie]. Miałem jedną operację, potem drugą... Profesor powiedział mi: "Zakaz uderzenia piłki głową przez pół roku". Ostatecznie osiem miesięcy nie trenowałem, nie mogłem główkować. Wiedziałem, że to nie ma sensu. Chciałem wrócić do Naprzodu Lipiny, ostatecznie do BKS-u Bielsko przeszedłem. Oko tak nie doskwierało, a szło mi tam na tyle dobrze, że na koniec jeszcze raz... wyjechałem za granicę - tym razem do francuskiego Lens, trenerem był tam polonus Arnold Sowinski. Wtedy nie było tam jeszcze innych Polaków.

Jak załatwił pan tam więc kontrakt?

- Wszystko dzięki Edkowi Grzywnie, reprezentantowi Polski w koszykówce, wychowankowi Baildonu Katowice. Spotkaliśmy się w... Chicago, kiedy grałem w Eagles i przyjechała tam kadra naszych koszykarzy. Obiecał mi zabrać do Polski czekoladę, kawę i radio tranzystorowe dla rodziny. Po powrocie dał żonie tylko radio. Traf chciał, że później GKS ze mną w składzie i reprezentacja Polski koszykarzy z Grzywną w składzie spotkały się w Wiśle. Na hali się spotkaliśmy. "Stary, czekolady się roztopiły" - uśmiechnął się. A potem załatwił mi kontrakt we Francji.

W Lens zagrałem towarzysko m.in. z Ruchem Chorzów. Potem stoimy na bankiecie, rozmawiam z Antkiem Piechniczkiem, podchodzi dziennikarz z Polski i zaskoczony mówi do mnie, że dobrze po polsku rozmawiam. "Panie redaktorze, przecież to jest Józek Morcińczyk..." - tłumaczy mu Antek.

Chodzi pan po latach na GKS. Co jest teraz najważniejsze dla tej drużyny?

- Punkty. Ładnie grać przyjdzie jeszcze pora.

Józef Morcińczyk

ur. 13.10.1939 roku

Kluby: Naprzód Lipiny (1956-63), Rapid Wełnowiec/GKS Katowice (1963-1965), White Eagles Chicago (1966), GKS Katowice (1966-68), BKS Stal Bielsko-Biała (1968-70), Lens (1970-71).



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.