Krzysztof M., który prowadzi firmę zajmującą się przechowywaniem odpadów, stwierdził na początku roku, że nie ma już ich gdzie przechowywać. Jego magazyn w Siemianowicach Śląskich był już wypełniony do granic możliwości, nikt nie chciał mu wynająć kolejnego. Mężczyzna umówił się więc ze Zdzisławem O., że będzie zwoził odpady na jego prywatną posesję w Żorach. Krzysztof M. zaoferował za tę przysługę 2 tys. zł miesięcznie.

Po zawarciu umowy Krzysztof M. kupował stare naczepy do tirów, ładował na nie beczki z odpadami chemicznymi i wywoził je do Żor. Naczepy parkowano na posesji Zdzisława O. – Kiedy policja wkroczyła do środka, stało tam już 14 naczep, na których było 700 beczek i mauzerów z różnego rodzaju płynnymi odpadami chemicznymi – mówi prokurator Joanna Smorczewska, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Gliwicach.

Nielegalne składowisko odpadów znajdowało się w pobliżu domów jednorodzinnych, kilkaset metrów od szkoły podstawowej oraz firmy zajmującej się przetwarzaniem żywności. Śledczy powołali biegłego z zakresu ochrony środowiska, który pobrał próbki substancji znajdujących się w beczkach. Z jego opinii wynika, że stanowią one zagrożenie dla życia i zdrowia ludzi, mogą też spowodować obniżenie jakości wody, powietrza i gleby. – Według biegłego ze względu na możliwość emisji toksycznych oparów takie substancje powinno się składować z dala od ludzi, w zamkniętych, dobrze wentylowanych pomieszczeniach – podkreśla prok. Smorczewska.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej