Agata Olejnik, studentka polityki społecznej z Krakowa, po raz pierwszy zabrała jedzenie ze śmietnika trzy lata temu. Do kuchni w akademiku przyniosła cukinię, chleb, banany i brokuły. Wybrała śmietnik przy sklepie, bo w komunalnych leżą zużyte pieluchy i inne obrzydliwe rzeczy. W przysklepowych śmietnikach jest czysto. Leży tylko żywność, czasem jakieś pudełka, opakowania. O ideach freeganizmu – walce z nadmiarem, poszukiwaniu wyrzuconej żywności, w którą włączają się nawet bogaci, słyszała już jako nastolatka. – Przemogłam się dopiero wtedy, jak przyjechałam na studia do Krakowa. Z czasem zaczęłam odwiedzać śmietniki dwa razy w tygodniu razem z kilkoma znajomymi. Teraz zaopatruję się w ten sposób razem z moim chłopakiem. Mamy stałe śmietniki, które odwiedzamy co tydzień. Ze znalezionych rzeczy robimy pełnowartościowe posiłki. Zimą bierzemy też mięso. Ze śmietników mamy wszystko, łącznie z piwem czy innym alkoholem. Jedno wyjście to towar za 200-300 zł. A bywa, że nazbieramy za dwa tysiące i mamy łupy z szynką parmeńską czy innymi delikatesami włącznie.

Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej