Z tą wiadomością liczyliśmy się, odkąd w sierpniu zachorował. Wiedzieliśmy, że to musi być coś poważnego, gdy nie nadesłał cotygodniowego felietonu. Zdarzyło mu się to po raz pierwszy od 14 lat, gdy się tego podjął. Nie brał urlopu ani nie robił przerwy świątecznej. Podziwialiśmy jego pracowitość i staraliśmy się naśladować w sumienności.

Starał się nie odmawiać nikomu

Był mistrzem we wszystkim, czego się tknął. O powstaniach śląskich w „Soli ziemi czarnej” opowiedział tak wiernie, że nie mógł się temu nadziwić sam Jerzy Ziętek. „Skąd wy to wiycie, panie Kutz, kiej wos wtedy jeszcze nie było na świecie?” – pytał reżysera Ziętek, który służył przecież w powstaniach.

Kutz nieraz mi to spotkanie ze „starym”, jak nazywał wielkiego wojewodę, relacjonował. Bardzo surowo oceniał ludzi, ale Ziętka zawsze darzył atencją. Nie był wolny od próżności (nie byłby wtedy artystą), ale chyba do głowy mu nie przyszło, że swoimi osiągnięciami – dla Śląska i kultury polskiej – mógłby śmiało stanąć w jednym rzędzie obok „Starego Jorga”.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej