Grzegorz Zagórny pracuje w śląskim oddziale NFZ (wcześniej Śląskiej Kasie Chorych) od niemal 20 lat. Gdy władzę w kraju, a więc i nad kasami chorych, objęło SLD na trzy lata stracił posadę szefa Wydziału Gospodarki Lekami. Wrócił za czasów pierwszych rządów PiS. Cieszy się opinią dobrego fachowca. Kiedy w 2015 roku wiceministrem zdrowia od leków został Krzysztof Łanda, Zagórny znalazł się w zespole, który przeprowadzał audyt w Departamencie Polityki Lekowej (DPL) resortu zdrowia.

W 2016 roku Zagórny z poparciem Łandy wygrał konkurs na głównego inspektora farmaceutycznego. Nominacji jednak nie dostał. Jak się nieoficjalnie dowiedzieliśmy, wątpliwości miały służby, które rutynowo sprawdzają kandydatów na wysokie państwowe stanowiska.

Kontrolerzy odkryli niezgodności w dokumentach

Żona Zagórnego od 2005 roku prowadzi aptekę w Psarach, a od roku 2011 także punkt apteczny w Gródkowie w powiecie będzińskim. Pod koniec stycznia w aptece w Psarach odbyła się kontrola Śląskiego Inspektora Farmaceutycznego. Jej celem było m.in. sprawdzenie, czy właścicielka apteki wypełniła zalecenia wydane po wcześniejszej kontroli. Przy okazji kontrolerzy odkryli niezgodności w dokumentach. Wynikało z nich, że niektórych leków apteka wydawała więcej, niż kupiła w hurtowni. Dotyczyło to Clexanu, Madoparu i Tegretolu. Wszystkie trzy to refundowane leki na receptę. Wyrywkowo sprawdzono więc także recepty i porównywano je z ewidencją w komputerze. Okazało się, że na przykład 19 grudnia 2017 roku, przy okazji wydania pacjentowi przepisanych mu przez lekarza 10 ampułek Clexanu, w ewidencji komputerowej zapisano, że wydano ich aż 30. Innym razem pacjent miał na recepcie zapisane tylko trzy ampułki, a w ewidencji też zapisano, że apteka wydała mu ich 30.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej