To jasne, że wygrana daje satysfakcję. Niektórzy prezydenci, burmistrzowie i wójtowie rządzą swoimi miejscowościami już tak długo, że może zdążyli zapomnieć, jak wygląda życie poza urzędem, bez sekretarki, służbowego samochodu i ludzi kłaniających się im w pas od rana do wieczora.

Prezydenci odnieśli sukces, a miasta?

Ale osobisty sukces zwycięskich kandydatów powinien być sukcesem całych miast, a tak wcale niestety nie jest. Każdy, kto myśli, że przez najbliższe pięć lat będzie żyć jak pączek w maśle, wydawać zarządzania, lansować się na spotkaniach, koncertach i konferencjach, jest w błędzie. I lepiej będzie dla niego i mieszkańców, żeby zdał sobie szybko z tego sprawę, bo sprawowanie stanowiska prezydenta czy wójta wiąże się z wieloma obowiązkami i wymaga kompetencji, by im sprostać. Widać to po złej kondycji niektórych miejscowości, w których rządzącym tych kompetencji zabrakło. Problem w tym, że czasami, mimo błędów, znów wybory wygrali, bo żaden z kontrkandydatów nie zdołał mieszkańców przekonać do zmiany.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej