Wojciech Lempart z Małej Polskiej Floty Powietrznej przekonuje, że powietrzne połączenia biznesowe to coś normalnego, ale Polska wciąż pozostaje w tyle. – Na Zachodzie podniebne taksówki i transport lekkimi samolotami to już codzienność. Sprawdzają się przede wszystkim w biznesie, ale nie tylko. W Czechach lądowiska dla małych śmigłowców, wiatrakowców czy lekkich samolotów mamy co 20 kilometrów. W porównaniu z naszymi sąsiadami wyglądamy naprawdę słabo – mówi.

Mała Polska Flota Powietrzna chciałaby wybudować sieć małych lotnisk i lądowisk w specjalnych strefach ekonomicznych i centrach miast. Miałoby to ożywić ruch powietrzny związany z biznesem i rekreacją.

Działanie na rzecz „bogatych”

Tylko w Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii firma planuje budowę 20 lądowisk. Koszt jednego waha się od 200 do 500 tys. zł, wszystko zależy m.in. od ukształtowania terenu. – Mamy nad sobą kilkadziesiąt autostrad, których nie trzeba naprawiać. Kanały powietrzne umożliwiają komunikację międzymiastową od zaraz. Niestety, prowadzimy rozmowy z przedstawicielami gmin i chociaż pomysł się podoba, to ostatecznie decyzje nie zapadają. Często słyszymy, że władze mogą na tym stracić, bo ludzie posądzą ich o działanie na rzecz „bogatych”, a zbliżają się wybory. My zaś myślimy nie tylko o przedsiębiorcach, ale też o rekreacji. Mamy nadzieję, że teraz pomogą nam władze metropolii – mówi Lempart.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej