Ordynator zajmuje stanowisko od blisko 20 lat. Instrumentariuszki z podobnym stażem pracy opowiadają, że zawsze był wybuchowy i nieraz doprowadzał je do łez.

– Nie przepraszał, ale starał się człowieka jakoś udobruchać. Teraz tylko krzyczy i wyzywa. Ciągle pokazuje, że ma nas za nic. Młodsze dziewczyny już dawno pouciekały, bo nie mogły znieść tego ciągłego poniżania – mówi jedna ze starszych stażem pielęgniarek.

Kiedyś wezwana „na cito” do cesarskiego cięcia zostawiła pacjenta, któremu robiła opatrunek, i przybiegła co sił w nogach. Dla doktora było to jednak nie dość szybko.

– Krzyczał bez opamiętania, że będę odpowiadać za stan tego dziecka. Słyszał to ojciec na korytarzu. Myślał, że dziecko nie żyje i usiłował wtargnąć na salę. W ostatniej chwili powstrzymał go anestezjolog. Dziecko urodziło się chwilę później całkiem zdrowe.

Pielęgniarki są pokorne

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej