Studiowała filologię polską, bo chciała zostać pisarką. Tego marzenia nie porzuciła, ale odłożyła je na później. Zajęła się fotografią, głównie sesyjną, a następnie grafiką komputerową. Samouk w każdej dziedzinie. Jej kolega z liceum podczas spotkania po 17 latach pokazał jej obrazek, który kiedyś dla niego namalowała. Wróciła bowiem do swojej największej pasji.

Anna Strutyńska z Chorzowa jest ilustratorką, a precyzyjniej mówiąc – urban sketcherką. O swoich ilustracjach mówi, że to linie obrysowujące miasto – ulice, budynki, ludzi pogrążonych w rozmowach lub we własnych myślach. Linie wypełniają akwarele.

Namalować sto akwareli

– Mam wrażenie, że akwarele są niedoceniane. Zwykle myślimy o nich: „farbki do malowania obrazków”. Nic podobnego! To trudna technika, która nie wybacza błędów. Gdy malujemy farbami olejnymi, wielokrotne poprawki to nie problem, a akwarele wymagają ciągłego balansowania pomiędzy wodą, farbą i papierem. Jeśli się nie uda, obraz ląduje w koszu. Oczywiście zdarza mi się trochę „nabrudzić” na papierze, ja jednak wolę to nazywać stylem ekspresyjnym – mówi artystka.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej