Specjalny Ośrodek Wychowawczy Sióstr Boromeuszek w Zabrzu złą sławę zyskał w 2007 r. Przy okazji śledztwa zaginięcia i śmierci ośmioletniego chłopca z Rybnika na jaw wyszła straszna prawda. Jeden z mężczyzn oskarżony o morderstwo opowiedział policjantom, że wychowywał się u boromeuszek. Mówił o karach, jakie zakonnice stosowały wobec dzieci, o gwałtach, na które przymykały oczy.

Prokuratura oskarżyła siostrę Bernadettę, dyrektorkę ośrodka, o bicie dzieci i przyzwalanie na przemoc seksualną. Zakonnica została później skazana na dwa lata więzienia. Do kierowania ośrodkiem została oddelegowana nowa zakonnica z zadaniem zaprowadzenia porządku. Czy udało jej się wykonać to zadanie?

Anna Malinowska: Jak pani znalazła pracę w ośrodku sióstr boromeuszek?

Małgorzata Paszkowska: Jestem nauczycielką, po studiach szukałam pracy. Ktoś ze znajomych powiedział, że siostry szukają osób świeckich. Po medialnych doniesieniach o krzywdach, jakich doznały dzieci, nie paliłam się do tej pracy. Wszyscy mówili, że panuje tam sztywna atmosfera, jest wręcz ponuro. Ale siostry Bernadetty już tam nie było, zmieniła się dyrekcja, postanowiłam spróbować. Bardzo potrzebowałam pracy. Pod koniec maja 2007 r. stanęłam na progu ośrodka.

Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej