Jak to jest pozwolić wyciąć sobie serce i wstawić w jego miejsce dwa kawałki plastiku? Czy człowiek, który się na to zdecydował, czuje się teraz bohaterem? – Absolutnie nie! – Mieczysław Koral stanowczo zaprzecza – Ja po prostu nie miałem wyjścia.

Taka to hydraulika

Sztuczne serce słychać nawet zza drzwi – tak głośno pracuje kompresor, który pompuje powietrze do jego wnętrza. Przez pierwsze trzy dni trochę mu to przeszkadzało, a teraz przeciwnie. Dźwięk jest taki miarowy i wręcz go usypia.

– Słychać też zastawki tu w środku w klatce – pan Mieczysław wskazuje na siebie. Zbliżam się i rzeczywiście: słychać miarowe stuk-puk stuk-puk, a nawet widać, jak unosi się i opada brzuch. – Taka to hydraulika – tłumaczy z uśmiechem. Coś o tym wie. Nim zachorował na serce, zajmował się zakładaniem instalacji sanitarnych. W Rudzie Śląskiej, gdzie mieszka, obsługiwał między innymi duże zakłady mięsne.

Pierwszy zawał był dziewięć lat temu. Tak wielki, że z miejsca przywieziono go do Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu. Tu lekarzom udało się go odratować, ale musiał iść na rentę.

Serce psuło mu się jednak dalej. Czuł się coraz gorzej i gorzej. Rok temu spędził w zabrzańskim szpitalu w sumie ponad trzy miesiące. W tym roku leży nieprzerwanie od kwietnia.

– Przeszedłem pięć metrów i już nie miałem sił, a potem to w ogóle już nie dawałem rady wstawać z łóżka – mówi.

Przy tak skrajnej niewydolności serca zazwyczaj proponuje się pacjentom transplantację. – U pana Mieczysława była niemożliwa. W wyniku niewydolności serca rozwinęło się u niego nadciśnienie płucne – tłumaczy dr hab. Michał Zembala, szef zespołu, który przeprowadził operację.
Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej