Kiedy była nastolatką, nauczyła się szyć. Najpierw podpatrywała babcię, potem sama zasiadła do maszyny. Szybko była w stanie uszyć nawet płaszcz. Jednak zamiast pójść w tym kierunku, wybrała anglistykę.

– Nie wyobrażam sobie, żeby w tamtych czasach studiować modę, choć właśnie to najbardziej chciałam robić. Do tej pory mam takie małe papierowe laleczki, pięknie narysowane na brystolu, które były modelkami dla moich niekończących się pomysłów – mówi Małgorzata.

Praca w studiu projektantów mody Jean and Martin Pallant

W trakcie i po studiach od czasu do czasu wyjeżdżała do Wielkiej Brytanii, aby jeszcze lepiej podszkolić język. Tam też poznała przyszłego męża. Została na cztery lata. W tym czasie znalazła pracę, która okazała się spełnieniem marzeń.

– Pracowałam w studiu projektantów mody Jean and Martin Pallant. Ekskluzywna moda dla bardzo bogatych i sklep koło Harrodsa w Knightsbridge. Na początku zapytano mnie, czy potrafię obsługiwać maszyny dziewiarskie. Skłamałam, że potrafię, bo bardzo mi zależało. Potem starałam się wmówić szefostwu, że w Polsce są inne maszyny. Nie uwierzyli, ale przymknęli na to oko – śmieje się katowiczanka.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej