Takie pytania przychodzą do głowy w dniu pierwszego półfinału mistrzostw świata w piłce nożnej w Rosji – pomiędzy Francją a Belgią – a ostatnim dniem ratowania tajlandzkiej szkolnej drużyny piłkarskiej Dzików uwięzionej w jaskini Tham Luang. To tajemnicze i arcyheroiczne przedsięwzięcie skupiło się w rękach najwybitniejszych ratowników, komandosów i płetwonurków Ameryki, Anglii, Danii i Tajlandii – w sumie tysiąca osób – przy udostępnieniu najnowocześniejszych środków technicznych armii USA; i to oni, bezinteresowni hultaje od ratowania bliźnich w podziemnych grotach, wyciągają młodych piłkarzy ze śmiertelnej opresji. To arcydzieło improwizacji, przy którym piłkarska zabawa na mistrzostwach świata wydaje się fabryczną produkcją makaronu.

Wyrafinowany kontrapunkt mistrzostw piłkarskich

Wydarzenie w Tham Luang urasta do wyrafinowanego kontrapunktu mistrzostw piłkarskich i jest dziwnym sprzężeniem pozwalającym na metafizyczne refleksje nad nieprzewidywalnym, choć nie zamyka się w kręgu amatorów kopania piłki. Odbyło się wielkie sprawdzenie morale rzeczywistości na jej małym fragmencie, gdzie wartości etyczne ścierają się z biznesem.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej