ITen swoisty stan rozpaczy nie może trwać wiecznie. Nieprawdomówność PiS-u jako metoda w połączeniu z nieprzestrzeganiem konstytucyjnych procedur uczyniły z Polski państwo ze strefy azjatyckiej. Dziś 50 lat PRL-u, państwa narzuconego, wydaje się być treningiem w tej samej konkurencji w państwie demokratycznym. Nikt nie przewidywał takiej ewolucji rozwoju historycznego. Elita „Solidarności”, kiedy przejmowała władzę, nie była zdolna do przeprowadzenia głębokiej analizy problematyki społecznej, bo nie napisała czarnej wersji scenariusza, który dziś święci tryumfy. Przejęła władzę z uśpionym instynktem samozachowawczym, choć, gdyby porządnie przeanalizować dwudziestolecie, można by dzisiejszy scenariusz przewidzieć. Ale wszechobecność mentalności poszlacheckiej jest upośledzeniem umysłowym, rodzajem ślepoty, na którą nie ma lekarstwa. Być może dopiero klęska dzisiejszej wersji historii nauczy nas myśleć i pojmować historię Polski inaczej. Na razie jesteśmy już blisko „demokracji Putina”, a uruchomione mechanizmy uchwalane przez parlament oddalają nas z dnia na dzień od demokracji liberalnej. Dzieje się renesans partii wodzowskich w państwach niegdyś zależnych od ZSRR. Za Węgrami i Polską mogą pójść inne. W starej Europie narasta przekonanie, że adaptacja państw Europy Wschodniej była niedorzeczna, a Polska jest jaskrawym dowodem tej niedorzeczności. Dlatego będziemy odczepiani od pociągu i spychani na boczny tor. Staniemy się kolonią kapitału międzynarodowego, biernym rynkiem zbytu i gościem, którego nie zaprasza się do domu. Już tak jest.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej