1.

Tomasz Bednarski ma 34 lata. Siedem lat temu, po ukończeniu politologii i szkolnych latach spędzonych w pozbawionych dostępu do morza Gliwicach, zapragnął wyjechać za granicę. Nie chodziło mu o pieniądze, bynajmniej. Chodziło o coś znacznie bardziej pierwotnego. O doświadczenie nowej kultury, o zanurzenie się w niej i przekonanie na własnej skórze, jak to działa. A ponadto serce surfera ciągnęło go nad wodę, nad morze.

Pojechał do Francji. Na Lazurowe Wybrzeże. Do raju.

2.

Miał wtedy 24 lata. Zatrudnił się jako robotnik budowlany. Krycie dachów zapewne nie kojarzy się z Riwierą Francuską. Jest to prozaiczna praca na wysokości, w palącym słońcu trzeba układać dachówki lub płytki łupkowe, mocować rynny, ale w sumie mu to pasowało: zjeździł ze swoją firmą całe wybrzeże. Co drugi tydzień poznawał nowe miasteczko albo nową wioskę. Szef polubił Tomka i nawet pożyczał mu na weekendy służbowego vana. Dzięki temu Tomek mógł zapakować swój sprzęt kitesurfingowy i ruszyć w bezkresny błękit. Minęło pierwszych sześć miesięcy we Francji, a Tomek zdążył zobaczyć całe Lazurowe Wybrzeże, od wschodu do zachodu, od Nicei do Nimes, fragment nieba na ziemi (pod warunkiem, że pominiemy Marsylię). Drzewa, słońce trawę, bezkresne błękitne niebo jakby zdjęte z obrazów Davida Hockneya. Wszystko to łączyło się, tworząc szczególny i jedyny w swoim rodzaju nastrój niewiarygodnego rozmarzenia w każdej skąpanej w słońcu wiosce, gdzie starsi panowie grają w bule, a wokół opalonych ud kobiet okręcają się ich bajeczne sukienki. Przydrożne cukiernie polecają kawę i jeszcze ciepłe rogaliki z czekoladą. Szczupli kolarze w jaskrawych strojach przemykają na swoich ultraszybkich wyścigowych rowerach.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej