Marcin Musiał: - Rzadko pan przyjeżdża na Górny Śląsk.

– Wyjechałem z Gliwic zbuntowany, nie lubiąc Śląska czy Gliwic, głównie za to, że mało tam było ducha humanistycznego, a ja dosyć wcześnie odkryłem, że politechnika mnie nie interesuje. Mój ojciec był profesorem Politechniki Śląskiej, więc żyliśmy trochę w jej cieniu. Znałem przyjaciół ojca i gdy byłem dzieckiem, byłem dumny z mojego ojca, że jest profesorem. Moi rodzice jednak, gdy doszło do wyboru studiów, postanowili za mnie: Pójdziesz na politechnikę!

W tym roku obchodzimy dopiero 50-lecie Uniwersytetu Śląskiego. Nie mógł się pan załapać na studia humanistyczne na Śląsku.

– Maturę zdawałem w 1963 roku, wyjechałem do Krakowa i to był akt świadomej rebelii przeciwko temu deficytowi humanistyki. W Gliwicach nie było wtedy nawet teatru. Teraz przyjeżdżam tu przede wszystkim na grób moich rodziców albo by odwiedzić kuzynkę. Jestem wzruszony, bo wraca cała tkanka dzieciństwa, a ja do takich rzeczy mam dobrą pamięć, do zapachów, smaków, drobnych wydarzeń. Gdy wracam do Gliwic, ogarnia mnie sentymentalizm pamięci, a tamta rebelia się rozpływa, nie ma znaczenia. Na Śląsku przeżyłem w końcu pierwszych osiemnaście lat, być może najważniejszych w życiu człowieka.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej