Wielka hala, która jeszcze nie zapisała się w świadomości wielbicieli muzyki. Line-up wypełniony nazwami zespołów, o których większość publiczności słyszała pewnie po raz pierwszy. Orkiestra symfoniczna i jej dyrygent w roli głównej. Czy tak pomyślany festiwal mógł się udać? Mógł i się udał, a to dzięki temu, że dyrygentem był Radzimir Dębski – Jimek.

Ten artysta to fenomen

Pierwsza edycja festiwalu „Jimek +” w hali Arena Gliwice potwierdziła przede wszystkim, że ten artysta to fenomen. Nie wiem, czy ktoś inny w Polsce mógłby ściągnąć na imprezę ładnych parę tysięcy ludzi, wabiąc ich obietnicą, że będą mogli posłuchać – prócz orkiestry symfonicznej – także kreolskich pieśni w wykonaniu nowego składu Michaela League ze Snarky Puppy (Bokante), włoskiego zespołu grającego funk (Rumba De Bodas) czy senegalskiego wirtuoza gitary basowej (Alune Wade). To wspaniali muzycy i zagrali świetne koncerty, ale tłum ludzi nie zapełniłby Areny tak chętnie, gdyby zapraszał na nie ktoś inny niż Jimek.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej