Tekst ukazał się w katowickim wydaniu „Gazety Wyborczej” 1 sierpnia 2003 roku

Maszeruję do Morskiego Oka z duszą na ramieniu. Jest parę minut po piątej rano, a ja dopiero w Palenicy. Przed sobą mam jeszcze 9 km drogi. Jan Krzysztof, naczelnik TOPR, potwierdził mi przez telefon, że rodzice ofiar styczniowej lawiny wyruszają na Rysy z Morskiego Oka w poniedziałek o 7 rano.

– Idę z nimi, ale to oni muszą wyrazić zgodę na pani udział – powiedział.

Z rodzicami nie mogłam się wcześniej skontaktować. Nie czekają na mnie w schronisku. Czy zdążę ich złapać przed wyjściem? Czy wezmą mnie ze sobą? Pewnie chcą być sami z tą górą. Pół roku temu Rysy zabrały im dzieci. Mijają mnie za Włosienicą w toprowskiej terenówce.

6.48. Uff, jestem na miejscu. W schronisku pusto. Parzę herbatę w kuchni. Krzysztof wpatruje się z ganku w Morskie Oko. – Pogoda się udała – mówi. Przed schroniskiem spaceruje z kamerą Irek Lenartowicz, ojciec Szymona.

Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej