Tekst ukazał się w katowickim wydaniu „Gazety Wyborczej” 31 marca 2006 roku

Śmieją się i wiercą na krzesłach, skrępowani obecnością dziennikarki. Zadaję pytania, które zdradzają, że nic nie rozumiem. – Dlaczego chcecie, by zwykły ksiądz został patronem waszej szkoły? Bo umarł? – pytam.

Obruszają się. Ewelina, drobna, figlarna: – Skąd! Mnóstwo ludzi umiera. Ale zna pani księdza, który gra z ośmiolatkami w ziemniaka?

Muszę zaprzeczyć.

Ola (wysoka, na oko już prawie licealistka): – Mówi do dzieci, w ogóle nie zaglądając do zeszytu?

Ewelina: – Religia to była jedyna lekcja, na której nikt nie gadał, nie kręcił się. Nawet Przemek.

Przemek (rosły, ogląda paznokcie): – Fakt, tylko na religii siedziałem cicho.

– Dlaczego?

– Bo on mówił z czapki. Tak, brał czapkę w ręce i gadał, jakby była żywym zwierzakiem. Nie słuchałaby pani, jak czapka gada? I grał z nami w piłkę, jeździł na rowerze.

Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej