Tekst ukazał się w katowickim wydaniu „Gazety Wyborczej” 16 lutego 2016 roku

Józef Krzyk: Ciężko panu wytrzymać na emeryturze?

Kazimierz Kutz: Nie mam na co się skarżyć. Nareszcie jestem absolutnie wolny. Odeszły powinności, troska o państwo i o Śląsk, skończyły się ciągłe stresy i obawa, że z czymś nie zdążę. Za mną są te wszystkie myśli, że zostało jeszcze coś do zrobienia, że dzieci, które miałem za późno, trzeba wychować i zapewnić im wyższe studia. Stawy mnie bolały, złe sny miałem, a teraz mam to już z głowy i od razu lepiej śpię. Jestem zdrowszy niż 15 lat temu, przeżywam przedziwną fazę młodości.

A jednocześnie biologicznie jestem już na etapie obumierania. Żyjąc tu, na uboczu, w samotności, wygaszam teraz wiele rzeczy, uspokajam się i wiele rzeczy przechodzi w stan przedawnienia.

Mój zawód się przedawnił, polityka się przedawniła. Przedawnił się też mój gorący stosunek do Śląska. Spełniłem już swój obowiązek wobec niego. Dawniej bardzo się przejmowałem Śląskiem, walczyłem, i to właściwie przez tę chorobliwą śląskość wyalienowałem się ze środowiska. Wpadałem często w konflikty, zrywałem kontakty.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej