Tekst ukazał się w katowickim wydaniu „Gazety Wyborczej” 22 listopada 2002 roku

Biegli po torach. Było ciemno, oni zmęczeni. Nie usłyszeli, że za nimi jedzie pociąg. Gdy odwrócili się i zobaczyli światła lokomotywy, było za późno. Zginęli kilka minut przed ósmą pod kołami ekspresu z Warszawy do Gliwic. Trzech – na miejscu, czwarty – zmarł podczas próby reanimowania przez lekarzy.

Artur, najmłodszy, miał 14 lat. Patryk, Dawid i Damian skończyli 15.

Jednego wychowywała babcia, bo matkę i ojca pozbawiono praw rodzicielskich. Drugi mieszkał w katowickiej dzielnicy Załęże od niedawna. Jego rodzinę eksmitowano do mieszkania socjalnego z osiedla Witosa. Trzeci pochodził z typowej załężańskiej rodziny – z bezrobotnymi rodzicami, którzy nie stronią od wódki. Tylko czwarty, Damian, wiedział, co to dostatek: mieszkał w domku jednorodzinnym, rodzice mieli samochód i pieniądze.

Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej