Tekst ukazał się w katowickim wydaniu „Gazety Wyborczej” 17 lutego 2006 roku

Drobniutki, żebra wysunięte do przodu. Jak szedł, to skulony. Taki pałączek. Z tyłu na szyi przylepił sobie tatuaż. O, a te kropeczki na paznokciach on mi namalował. Lubił rysować. Kredkę trzymał w lewej ręce. Wszystko robił lewą, lewą nogą kopał piłkę. Oczka skośne jak u Chińczyka, czarne jak węgielki.

Bledziutki, na nosie kilka piegów, a na samym czubku taka malutka blizna po usunięciu pękniętego naczynka. Włosy? Wszędzie podaję ciemny blond, ale ciemniejsze. Raczej szatyn. Trochę seplenił. Mamo, das na cipsy?

Musiał codziennie zjeść czipsy, chociaż małą paczuszkę, najtańszą za 50 groszy.

Z przodu wyszły mu nowe zęby, z tyłu wszystkie zepsute. Jednego mu brakowało. Z boku, na górze, z lewej. Albo z prawej? Boże, matka i nie pamięta, gdzie jej syn nie miał zęba.

Co ja mówię, miał. Przecież on jest!

Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej